06 Wrz

Czasem się zlewam…

o zatraceniu siebie

 

To nie będzie ani wesoły, ani łatwy tekst. Bo i mój nastrój dziś nie jest radosny. Wiem, że zazwyczaj piszę lekko i sympatycznie, podkreślając blaski życia. A w szczególności – macierzyństwa. Jednak podobno nie ma róży bez kolców, a ja właśnie dziś o nich…

Znacie takie obrazki, gdzie obiekt całkowicie zlewa się z tłem, stając się praktycznie niewidoczny dla odbiorcy? Aby wyobrazić sobie, co dokładnie mam na myśli – pomyślcie o kameleonie. On stapia się z otoczeniem, dopasowując do niego kolorami i ułożeniem ciała, wtapia się i praktycznie staje się niewidzialny. Przynajmniej taki jest jego cel, bo dobry kamuflaż gwarantuje przetrwanie. Choć nie czuję się gadem, to ja też się czasami stapiam.

Dużo napisałam o radościach mojego matkowania. O szczęściu, jakie czerpię ze swojej rodziny, z Tomka, z dzieciaków. Nawet o pragnieniu Trzeciego wspomniałam kilka razy. Jednak, aby to moje pisanie było prawdziwe, muszę być szczera. Ze sobą i z Wami. Dlatego dziś o tym, co jest jednym z największych wyzwań macierzyństwa, jakiemu stawiam czoła każdego dnia. Ostatnio wydaje mi się, że przegrywam, dlatego mam w duszy trochę smutku i zbieram się na odwagę, żeby głośno powiedzieć o tym, co mnie gdzieś tam uwiera.

Zanim zaczęłam się zlewać…

Moje dzieciństwo nie było radosne, moi rodzice postawili bardziej na siebie niż na cokolwiek innego. Ich wybór implikował mój – chciałam (i chcę nadal, żeby nie było wątpliwości) dać swoim dzieciom wszystko to, czego mi zabrakło. Wiele po drodze musiałam się nauczyć, sporo przejść i jeszcze więcej zrozumieć, aby stać się matką, jaką chciałam być. W zasadzie ciągle się nią staję, wciąż jestem w procesie. Szukam odpowiedzi, rozmawiam, czytam książki, sprawdzam w praktyce. Odkrywam na nowo – tych młodych ludzi, których dobry los postawił na mojej drodze, ale też siebie. Zanim spotkałam Tomka w ogóle nie dopuszczałam zakładania rodziny, moim pomysłem na siebie i marzeniem była praca w policji (jako negocjator), a wszystko, co choćby odrobinę niebezpieczne, kręciło mnie najbardziej.

Wszystko zmieniło się w jedną chwilę. Kiedy zaczęliśmy być razem, szybko zrozumiałam, że chcę założyć rodzinę. I że nie dam rady pogodzić jej z ekstremalną pracą. Odpuściłam tamte tematy, później jakieś kolejne. To były bardzo świadome wybory. Nie wspominam ich z żalu, raczej, aby podkreślić, że zdawałam sobie sprawę, że stworzenie pełnej, kochającej rodziny wymaga wyrzeczeń i ogromu pracy. Tej najtrudniejszej, bo w materii ludzkich charakterów.

Jestem zniknięta.

To nie dzieje się z dnia na dzień. Nie ma nic wspólnego z magiczną sztuczką, gdzie znika asystentka. Może właśnie to jest ta najtrudniejsza ze wszystkiego część – znikasz powoli. Najpierw tracisz przestrzeń swoich myśli. Coraz mniej zastanawiasz się nad sobą, a coraz więcej nad powodem, dlaczego ono płacze, czy na pewno się najada. A jak za długo śpi, podchodzisz z niepokojem i sprawdzasz czy oddycha. Czy mu ciepło? Twoje „JA” przesuwa się w kierunku „my”, później „ono – dziecko”. Ponieważ nie starcza siły i czasu, myślenie o sobie po kawałku odpuszczasz. To mogą być drobne rzeczy, żadne rewolucje. To wyjście do sklepu (do którego dobroduszny partner wysłał Cię prawie siłą, bo nie może patrzeć jak utknęłaś w domu), gdzie zamiast fajnej kiecki z cekinami, wracasz z uroczym bodziakiem i bambusową pieluszką. I dwoma parami skarpetek „I love mummy”.

Oddajesz swoich znajomych, albo oni sami gdzieś przepadają. Czytanie książek, spokojną kąpiel, skorzystanie z toalety w samotności – wszystko to i wiele więcej, dajesz, aby być dobrą matką. To jakoś tak trochę samo przychodzi, bezrefleksyjnie. Sama sobie tłumaczysz, że „taka kolej rzeczy”. Często też odnajdujesz w tym swoje szczęście, to nie tak, że na każdym kroku cierpisz. Absolutnie nie! Na wszystko się zgadzasz i robisz to ochoczo, przecież wszystko to w imię szczęśliwego dzieciństwa Twoich dzieci.

Później już z górki – oddajesz jak leci: swoją ciekawą pracę, pomalowane paznokcie, czyste włosy. Zajęcia sportowe, opinię na bieżące polityczne tematy, ogolone nogi. Potem porządek w domu, podróże dalej niż na skraj naszego Wybrzeża (bo przecież INNA FLORA BAKTERYJNA!). To nie koniec, ba – czasem to dopiero początek. Nie ma granicy tego, co dla wyobrażonego szczęścia swoich dzieci może poświęcić zakochana w nich matka. Przynajmniej ja jej nie odkryłam.

I to nie jest tak, że dokładnie wszystko, co tu napisałam mnie dotyczy. Nie, to tylko przykłady, obserwacje, luźne myśli. Gdzieś jednak sama idea rezygnacji z siebie i stawiania dzieci na pierwszym miejscu jest mi bliska. Chciałam napisać, że czasami znikam. Ale to nie byłaby prawda, nie do końca w każdym razie. Kwestia nie polega na tym, że nie ma mnie w ogóle, raczej na zlewaniu się moich granic, mojego czasu, uwagi, wszystkiego po prostu, z moimi dziećmi.

I czasem, w taki wieczór jak dziś, późnoletni, jest mi z tym trudno. Po prostu mam teraz moment, w którym czuję, że ten balans jest zachwiany i chciałabym znaleźć w sobie impuls do zmiany. Do wygospodarowania kawałka siebie… dla siebie.

Tylko i aż tyle. Żeby się nie zlewać.

22
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
NataAngelikaLuskaAlinaMarcela Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Mad
Gość
Mad

Napisałaś moje słowa, których nie umiałam złożyć.. 🙁

Ewelina
Gość
Ewelina

Kaju, ostatnio pomyślałam, że Cię podziwiam. Czytałam o nurkowaniu, oglądam Twoje zdjęcia, widzę pracę nad tekstami na moi-mili i zaangażowanie w codzienność. Nieśmiało czytelniczo podziwiam, a nie wiem przecież, jaką jesteś mamą! Robisz tak wiele, poza macierzyństwem, że zlewanie się pewnie jest wynikiem aktywnego życia sprzed Leona. Możesz być dumna z tego, że masz za czym tęsknić; za byciem bardziej „sobą”. Balans jeszcze wróci 🙂

Ona_30
Gość
Ona_30

Jestem mamą 1,5 rocznej dziewcznki i trzylatka. Ten tekst jest bardzo trafiony, każda z nas powinna znaleźć czas dla siebie, dzieci są najważniejsze na świecie, ale my same jesteśmy równie ważne. Ja zrozumiałam to za późno. To całe doskonale i perfekcyjnie macierzyństwo przyplaciłam swoim zdrowiem. Dopadła mnie nerwica lękowa. Ja do tej pory normalna, wesoła, pełna życia osoba..nagle „oszalałam”. Czy oby napewno nagle? Nie, zapracowałam sobie na to ciągłym stresem i zamartwianiem się o wszystko. Dziewczyny pamiętajcie w tym całym biegu o sobie. Usiądźcie wieczorem i zastanówcie się przez kilka minut co możecie robić dla siebie w skali dnia, tygodnia… Czytaj więcej »

Agata z OchMalina.pl
Gość
Agata z OchMalina.pl

Kaju, to o czym piszesz nie dotyczy wyłącznie dzieci. Podobnie może się dziać, kiedy bardziej dbamy o partnera, rodzinę, pracę niż o nas same. My już tak po prostu mamy. Masz pasję, ciekawy zawód, prowadzisz fajny blog i myślę, że to odczucie zlewania jest tylko chwilowe i szybko wrócisz do bycia Kają 🙂

Grace
Gość
Grace

Nie są mi obce takie nastroje i przemyślenia i myślę sobie, że są one naturalne i świadczą tylko o tym, że właśnie nie do końca znikamy i się zatracamy, że jednak łapiemy dystans. Mnie pomaga myśl, że to jednak jest tymczasowe, że przyjdzie moment, że dziecko nie będzie mnie potrzebowało aż tak bardzo i wtedy powrócę do siebie. Do tego fakt, że czekałam na dziecko baaaardzo długo – wiele lat, stawia mnie do pionu i szybko mija mi uczucie frustracji, a zaczynam chłonąć każdą chwilę z córką

Sylwia
Gość
Sylwia

Mamy podobne doświadczenia…zarówno z dzieciństwa jak i odczuciami w obecnej chwili.
Udało mi się znaleźć ten balans. I Tobie też tego życzę!

Joanna
Gość
Joanna

Kobieto! Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. A odrobina zdrowego egoizmu to dobry przykład dla Twoich dzieci – że potrzeby innych też są ważne i te przykładowe 5 minut tylko dla mamy są bardzo ważne. Czytałaś może Juula „Nie z miłości”? Polecam!

Aleksandra
Gość
Aleksandra

O właśnie! i choćby to była wyprawa do Biedry to w szpilkach 😉

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Nie zgadzam się! Kobiety dają się znikać dużo wcześniej! Żadna z moich znajomych nie ma w domu kawałka podłogi wyłącznie ze swoimi gratami! wszystkie mają salon, sypialnię, kuchnie itd… a ja mam! od zawsze! za regałem jest biurko, komputer i bałagan moich farbek, skrawków i koralików! i zawsze tam był, 1,5m x 1,5m w małym mieszkanku, ale jest! oboje mamy! i tego się trzeba trzymać nawet jak pojawia się dziecko!

Marcela
Gość
Marcela

Lubię Cię, bo piszesz to co ja bym napisała… tylko nie mam czasu ??
Nie lubię blogów ani demonizujacych macierzyństwo albo mówiących mi że powinnam stawać na rzęsach w imieniu prawidłowego rozwoju dzieci, stosować blw, robić własne ciasteczka i sama szyć dziecięce ubranka. Tu jest balans. Dziękuję

Alina
Gość
Alina

Nie czuj się tak 🙂 widzimy Cię 😉 , jesteś dla mnie wyznacznikiem jak jeszcze mogę uszczęśliwiać swoje dzieci, ogrom pracy wykonujesz i z pożytkiem dla rodzin.

Luska
Gość
Luska

Dziekuje, zlapalam frustrata i moze to malostkowe, ale potrzebuje wiedziec, ze inne mamy tez sie w macirzynstwie potykaja. Unikam blogow o idealnym, spelnionym macierzynstwie, bo mam problem z wymaganiami wzgledem siebie i teksty o idealnym macierzynstwie mnie po prostu przygnebiaja. Dzis odkrylam Twoj blog, dziekuje, bede tu z checia zaglądać.przepraszam za brak polskich znakow:) Duzo dobrego zycze

Angelika
Gość
Angelika

też mam czasem takie poczucie. hmm… na pytanie syna: ” Kiedy masz czas wolny?” odpowiadam nie wiem. Ciągle gonię i wtedy znikam. Tekst trafiony. jednak czasem się zatrzymam, bo już zmęczona tym biegiem jestem. Pozdrawiam

Nata
Gość
Nata

Dokładnie tak często się czuję :(. Próbuję jednak choćby malutko zadbać o siebie, ale udaje się to w 20% może :/…