Czy oni się nie bali polecieć na Bali? Czyli wakacje z dziećmi w Indonezji!

wakacje z dzieckiem na Bali

Nadeszło wyczekiwane od dawna lato. A wraz z nim okres wakacyjnych wyjazdów. Nie wiem jak z planowaniem podróży jest u Was, ale my zazwyczaj zabieramy się za to na ostatnią chwilę. Nie dlatego, że nie chciałabym wcześniej. Co roku obiecuję sobie, że następnym razem zrobimy inaczej. Że będziemy siedzieć, studiować mapy i katalogi już od wczesnej jesieni. I że z zalewu konkurencyjnych ofert, wybierzemy tę jedną, jedyną i najlepszą. Kończy się tak, że zazwyczaj wyjazdy to u nas spontaniczne akcje, życie coraz większej rodziny zmienia się tak dynamicznie, że trudno planować nam z takim wyprzedzeniem.

Tak było też w ubiegłym roku, kiedy całkiem niespodziewanie spędziliśmy wakacje na Bali. Początkowo miałam wątpliwości czy damy radę z dzieciakami. A ściślej – wiedziałam, że SIĘ DA, a zastanawiałam się czy będziemy mieli z tej podróży przyjemność. Sporo osób, które dowiadywały się o naszym planie urlopu w Indonezji z małymi dziećmi (Mila miała wtedy 10 miesięcy, Leon 4 lata) pukało się w czoło, ewentualnie dopytywało o szczegóły, a później wrażenia. Jako że sam wyjazd wspominam rewelacyjnie, pomyślałam, że zrobię wpis (albo dwa, zobaczymy ile materiału mi się uzbiera) i odpowiem na pytania, które słyszeliśmy najczęściej. A niejako przy okazji – pokażę zdjęcia i pokażę Wam Bali moimi oczami. Może rozjaśni to co nieco tym, którzy właśnie zastanawiają się, gdzie by tu wyskoczyć.

zachód słońca na Bali

Napiszę szczerze – Bali chodziło nam po głowie od dawna. Dla mnie Indonezja brzmiała egzotycznie, a wszystko, co o niej słyszałam było pozytywne. Zresztą – czy można nie chcieć zwiedzić Zielonej Wyspy? Tomek mieszkał kiedyś na Malediwach i chyba wtedy zapragnął zajrzeć “ciut” bardziej na wschód. Przymierzaliśmy się do tej Indonezji kilka razy, powstrzymywały nas a to zabójcze ceny, a to nieodpowiednia pora roku, a to loty, które łącznie trwały dobrze ponad dobę. Aż nagle…

Czy nie baliście się długiego lotu?

Otóż bali się, Moi Mili, bali się. Lubimy zwiedzać świat, jesteśmy trochę świrnięci, ale jednak nie zupełnie nienormalni. Wizja kilku przesiadek, oczekiwania gdzieś na lotnisku w Dubaju, z dwójką dzieci i niemowlakiem, skutecznie nas zniechęcała. Jednak od czerwca ubiegłego roku biuro podróży Rainbow wprowadziło bezpośrednie loty Dreamlinerem z Warszawy do Denpasar (stolica Bali). Właśnie to zachęciło nas i miało ogromny wpływ na podjęcie decyzji o wyjeździe. Lot trwa ok. 12 godzin. Jasne, nie jest to mało, ale z drugiej strony nie rozumiem pytania: czy daliście radę? Jak wsiadasz do samolotu i startujesz, to jakby nie masz wyboru… :P

A tak bardziej serio – nie ma wielkiej różnicy czy lecicie 6 czy 10 godzin, ilość przygotowań i rzeczy, które trzeba ze sobą zabrać jest podobna. Przynajmniej część tak długiego lotu przypada w nocy, dla niemowlaków dostaniecie specjalne łóżeczko, więc szczerze mówiąc – Mila większość lotu przespała. Leon korzystał do woli z bogatego wyboru bajek, które dumnie oglądał na swoim własnym monitorze. Szczerze, to najgorzej lot zniosłam ja – dostałam 40stu stopni gorączki, która zwiastowała rozpoczęcie infekcji, którą Leo przyniósł z przedszkola. Ale ciii, nie uprzedzajmy faktów. Prawda jest taka, że od kiedy jest możliwość bezpośredniego lotu, poziom hardcore’u podróży spadł o co najmniej połowę.

Czy nie baliście się chorób tropikalnych?

I bali i nie bali. Oczywiście, że każda podróż czy nawet wycieczka za miasto rodzi ryzyko zachorowania – mamy kontakt z bakteriami, wirusami, owadami. Z drugiej zaś strony – jeśli masz w domu dziecko, które uczęszcza do żłobka/przedszkola/szkoły, to statystycznie większe szansa masz, że przyniesie “coś” stamtąd niż że zarazicie się na wakacjach. Wiadomo, że należy zachować podstawowe zasady higieny: często myć ręce, do mycia zębów można używać wody mineralnej (którą w prawie każdym hotelu dostarcza obsługa), jeść posiłki tylko w miejscach, które nie budzą Waszych wątpliwości. Przyznaję, że moje standardy “kontroli sanitarnej” poszły w górę, od kiedy podróżujemy z dzieciakami. Po prostu wolę dmuchać na zimne. Oczywiście, że mogłabym zamknąć się z dziećmi w domu i uchronić je przed JAKIMKOLWIEK ryzykiem zachorowania. Tylko wiecie co? Nie chcę!

Jeśli jednak przytrafi się choroba – serio, niewiele jest już miejsc na świecie z utrudnionym czy uniemożliwionym dostępem do lekarzy i leków. A na mnie żadne z nich nie jest w ofercie polskich biur podróży. Miałam przyjemność/nieprzyjemność korzystać ze służby zdrowia w wielu krajach europejskich i nie tylko. I szczerze – Polska plasuje się gdzieś w środku mojego prywatnego rankingu. Gdzie byście nie byli, możecie zawsze liczyć na pomoc rezydenta/ambasady/innych Polaków w razie kłopotów językowych. Aby dodatkowo się zabezpieczyć, zabierzcie ze sobą wakacyjną apteczkę (TUTAJ post o tym, co do niej spakować).