Fajny tytuł mi się napisał, co? Niestety nie do końca prawdziwy – takie wielkie to te nasze wakacje nie były. Bo jak tu tygodniowy wypad tak nazwać? To jednak jedyne naginanie rzeczywistości dziś, daję słowo. Post i tak chciałam napisać, po trosze po to, aby przedłużyć je sobie, choćby wirtualnie. Popatrzeć na widoki, powspominać i łagodnie wejść w codzienność. Bo każda podróż, każdy wyjazd kiedyś się kończy. A im jest piękniejszy, tym wcześniej…
Z tą Grecją od zawsze było nam nie po drodze. Tomek kiedyś wpadł na chwilę do Aten, ja z kolei na Mykonos i Santorini. Jednak wrażenia mieliśmy umiarkowane, więc bardziej nam w głowie była Hiszpania, Egipt czy jakaś egzotyka. Tym większe zaskoczenie na nas czekało. Można powiedzieć, że na grecką wyspę Kos trafiliśmy przypadkiem. Chcieliśmy wyrwać się na kilka dni, marzyło nam się słońce i w sumie nic więcej.
POGODA
Na naszej liście rodzinnych priorytetów wakacyjnych pogoda stoi wysoko. Bardzo. Przynajmniej jeśli chodzi o wakacje typu piasek i woda. Nigdy nie ukrywałam swojej miłości do Bałtyku, do polskiej wody w ogóle, bo i Mazury bardzo lubię i pojezierza. W nastoletnich latach (rany, ale to brzmi w ogóle…) przejeździłam pomorze wzdłuż i wszerz i myślę, że mogę powiedzieć, że dobrze je znam. Jest piękne, niektórzy uważają, że najpiękniejsze na świecie. Jest tylko jeden, za to znaczący dla mnie minus – pogoda. Przyznam, że zdarzyło mi się trafić fantastycznie – słoneczne, upalne dni i ciepła woda w Zatoce Gdańskiej.
Ale było też tak, że nie do końca wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić, kiedy w Jastrzębiej Górze przez tydzień padał deszcz. Przestawał akurat na tyle, by pozwolić nam zwiedzić okoliczne stoiska z badziewiakami (jak nazywamy “cudne” twory z Chińskiej Republiki Ludowej, którymi skrzą się szczęki, budy i łóżka polowe polskich nadmorskich deptaków). Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy, co okazało się niezwykle frustrujące. Bo kupuje człowiek ten kostium kąpielowy, olejki, dmuchane zabawki do kąpieli. I wiaderka i foremki i słomkowy kapelusz. A potem tłumaczy dzieciom, dlaczego nawet nie rozpakujemy tego wszystkiego z walizki.
Wiem, że nie ma złej pogody, tylko nieodpowiednie ubranie. Na co dzień hołduję tej zasadzie. Raz do roku (przynajmniej!) mam jednak ochotę powygrzewać się w słońcu, kąpać do woli w morzu i nosić letnie sukienki. I mimo wielkiego uczucia, jakim darzę bałtyckie plaże, najchętniej wybieram się tam wczesną wiosną czy jesienią, licząc na okoliczności spacerowe i zdrowotny jod. Jednak zawsze z parasolem i kaloszami pod pachą!
Poza gwarancją słońca, klimat jest ciepły i dość suchy, więc nawet wysokie temperatury nie dają się we znaki tak, jak w Indiach czy na Bali. W przeciwieństwie do Egiptu, Turcji czy Emiratów Arabskich, gdzie w lipcu i sierpniu temperatura grubo przekracza 40 stopni, w Grecji jest wtedy przyjazne 28-30 i lekki wiatr. A do tego, niczym na deser, ciepłe morze, w którym nawet najmłodsi mogą pływać i bawić się godzinami.
LUDZIE
To truizm, ale to ludzie są najważniejsi. Oczywiście ci, z którymi decydujesz się spędzić wolne dni. Jednak nie tylko… Zaskoczyła mnie gościnność, życzliwość i serdeczność Greków. Ich niewymuszone uśmiechy od rana do nocy. Przesympatycznie podejście do dzieci – kochają je, zaczepiają, śmieją się do nich i skłonni są przychylić im nieba. Z oznakami ciepła stykaliśmy się dosłownie na każdym kroku. Ot, kelner specjalnie dla Mili skomponował deser, przyniósł nam do stolika i powiedział, że taki robi dla swojej córki. I że ona ma już 18 lat i niezmiennie twierdzi, że to jej ulubiony słodycz. Albo sprzedawczyni w sklepie, już przy wyjściu, leci z lizakiem w prezencie.
Mężczyzna, o skórze spalonej słońcem i pooranej zmarszczkami, przynosi nam tzatzyki i chleb, choć zamówiliśmy w zasadzie tylko lemoniadę. A za chwilę zjawia się jego syn, z rakiją. Gdy już chcemy wychodzić, po raz kolejny wyrasta jak spod ziemi – z najpyszniejszym greckim jogurtem, jaki możecie sobie wyobrazić. Polanym miodem, który w swojej pasiece robi jego ojciec. Tak po prostu, bezinteresownie.
WIDOKI
Tutaj od słów bardziej stosowne będą obrazy. Bo widoki po prostu zapierają dech w piersiach. Nie mogłam się napatrzeć i mogłabym pisać bardzo długo. Albo najkrócej – przepięknie tam jest. I nie mam na myśli tylko lazurowego morza i jego kilku odcieni czy błękitnego, zawsze bezchmurnego nieba. Są bezkresne oliwne gaje. I drzewa cytrusowe. Kwitną agawy, passiflory, kaktusy… Nieważne, w którą stronę zwrócisz oczy – widoki są pocztówkowe.
JEDZENIE
Mimo że od kulinarnych tematów na blogu raczej stronię, nie ma co kryć – jesteśmy łasuchami. Szwędamy się po warszawskich knajpach i barach, dużo eksperymentuję w domu. I uwielbiam odkrywać nowe smaki podczas wyjazdów. Ulubionego jedzenia raczej nie mam, choć nie lubię tego zbyt pikantnego, a wszystko, co kojarzy się z Włochami lub Bałkanami powoduje radosne drżenie mojego serduszka. Do ścisłej czołówki gastronomicznych ulubieńców pewnym krokiem wskoczyła teraz również Grecja.
Greckie jedzenie jest takie “akurat”. Akurat na tyle odmienne, aby nas mogło urzekać i dawało przestrzeń do odkrywania. I na tyle swojskie, że nie przestrasza tych mniej skłonnych do eksperymentowania. W zasadzie większość z nas zna jogurt grecki, oliwki czy tłoczoną z nich oliwę. I sałatkę grecką. I ser feta. Tylko wiecie co? Jak to tam smakuje…
Wybornie! Dla samych smaków warto się tam wybrać. Dla grillowanych ryb i owoców morza. Dojrzałych arbuzów i soczystych cytryn.
PROSTOTA i… CENA!
W ubiegłym roku wakacje spędzaliśmy w wymarzonej wcześniej Indonezji. Długo chodziła nam po głowach, odkładaliśmy ten wyjazd w dużej mierze z powodu kosztów. Napiszę teraz coś, co wydaje się kontrowersyjne, a jednak jest prawdziwe nie tylko z mojej perspektywy, a również wszystkich pozostałych towarzyszy obu podróży (w sumie 6 osób!). Bardziej podobały nam się wakacje w Grecji! I to o wiele. Powodów jest kilka i to w sumie pewnie temat na odrębny wpis. Dlatego dziś o zaletach Grecji:
– krótki lot, mija niczym okamgnienie (ok. 2,5 godziny). Brak opóźnień, międzylądowań, minimum formalności – nie trzeba nawet mieć ze sobą paszportu, bo przecież Grecja to Unia.
– sprzyjający klimat – o tym, jak się czujemy w równym stopniu decyduje temperatura jak i wilgotność powietrza. Na Bali jest ona baaardzo wysoka i mocno daje się we znaki, szczególnie nim się do niej przyzwyczaicie. W Grecji jest sucho i łagodnie. Dodatkowo na Bali pogoda wariuje podobnie jak w Polsce. Ostatnio coraz częściej zdarzają się opady w porze suchej, w której dotychczas najkorzystniej było tam lecieć. A tropikalny deszcz to nie jakaś tam mżawka. I jednak nawet jeśli szybko minie, to kawałek dnia z jego okazji plażowo przepada – wszystko jest mokre. A jak schnie, to wilgotność staje się jeszcze wyższa. Chwilami wydawało mi się, że oddycham… wodą po prostu!
– Greckie wyspy są w większości ciche i spokojne. Choć w zasadzie jest ich tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie – i fan dobrych imprez, i rodziny z dziećmi, i łaknący ciszy introwertycy, którzy marzą, by zaszyć się z książką na plaży i czytać sobie w cieniu palmowego parasola. Bali jest okropnie zatłoczone, pełne spalin i skuterów, przeładowane ludźmi, głośne, gwarne i w wielu miejscach po prostu brudne. Nie zobaczycie tego na katalogowych zdjęciach, ani w peanach na cześć tego miejsca, jakie znaleźć można w wielu zakątkach w sieci. Jednak legenda tego miejsca powoli je zjada. Jest tam również o wiele taniej niż w Nowej Zelandii czy Australii, dlatego młodzi ludzie z tych krajów masowo przylatują odpoczywać na Bali. Sama wyspa jest mała i zielona, jednak trudno znaleźć na wybrzeżu ciszę i spokój. Albo brak spalin.
Grecja oferuje miejsca, które sprawiają






































