22 Cze

biały rower

biały rower - warto było na niego czekać!

 

był biały. chociaż właściwie określenie go po prostu białym to wielkie niedopowiedzenie. był lśniący, perłowy, a gdy zmrużyło się oczy, błyszczał tysiącami drobinek na wszystkie kolory tęczy. właśnie tę jego biel pamiętam najlepiej. pamiętam, a przecież minęło tyle czasu…

początek podstawówki, miałam 8, może 9 lat. zamarzył mi się rower. chciałam, żeby był „dorosły”, z przerzutkami, rzecz jasna bez bocznych kółek. długo to moje pragnienio-marzenie w sobie nosiłam, bo jakoś tak rodzice ciągle nie mieli do jego spełniania czasu, pieniędzy albo jednego i drugiego. koniec końców nadeszła Ta Chwila. była to jedna z zaledwie kilku w moim ponad trzydziestoletnim życiu wypraw z tatą na zakupy. upalny dzień, Stadion Dziesięciolecia – kto był, ten wie, że warunki polowe, tłum ludzi i klimat, którego próżno szukać we współczesnych sklepach sportowych czy marketach.

tam czekał na mnie ON – wymarzony i wyśniony, przepiękny aż do bólu. trochę był za duży, przerzutek miał więcej niż było trzeba. ale gdzieniegdzie pojawiały się na nim różowe ciapki i to przesądziło o wszystkim. przepadłam.

tata wtedy, pewnie trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi, kupił mi ten rower. wracałam do domu przepełniona dumą i radością. przez następne dni i tygodnie rower służył jako dobro wspólne wszystkim osiedlowym dzieciakom. ciągle ktoś podchodził i chciał się przejechać, a ja już wtedy byłam słaba w odmawianiu. jeździło więc na nim szerokie grono blokowych kolegów, od czasu do czasu też ja. uwielbiałam go, ponadto w obliczu zbliżającej się przeprowadzki pod miasto, był jedynym jasnym punktem na moim ówczesnym niebie.

zanim jednak zdążyłam się nim tak naprawdę nacieszyć, ktoś go ukradł. była to jedna z pierwszych trudnych lekcji, jakie pobrałam na uniwersytecie życia. ani dziś, ani tym bardziej wtedy nie mogłam zrozumieć, jak można tak po prostu przyjść i zabrać czyjąś rzecz. wiem, na drugie imię powinnam mieć Naiwność, wiem doskonale.

przeżyłam tę sytuację bardzo, długo nosiłam w sobie smutek. rodzice obiecali nowy, kiedyś-tam, bo znów brakowało czasu lub pieniędzy. jednak nie wyszło, dostałam wprawdzie rower przejściowy – brzydki jak nieszczęście, ciężki i zielony, jednak nie byłam nawet w stanie udawać, że go lubię. przez następne kilkanaście lat jeździłam tylko jak ktoś pożyczył mi coś do jeżdżenia. nie miała to być w sumie żadna manifestacja, tak wyszło i już. nosiłam w sobie wspomnienie białego roweru, pięknego, spełnionego marzenia z dzieciństwa. danego na chwilę, ale jednak.

i wiecie co?

niedawno od kilku najbliższych osób dostałam prezent. biały rower. ucieszył mnie tak, że zabrakło mi słów (a wiecie, że to nieczęste). nie wiedziałam, że dziecięce marzenie jest we mnie tak głęboko. długo musiałam czekać, aby się spełniło.

piszę o tym dlatego, że pewnie każdy z Was ma swój rower, czy raczej jego brak. że jest coś, czego nie zrobiliście, nie dokończyliście, nie macie. choćby to było pragnienie stricte dziecięce – nigdy nie jest za późno, aby je spełnić. spełnione marzenia smakują wybornie.

nie warto odpuszczać, tylko dlatego, że minęło dużo czasu. bo wiek nie ten, bo teraz cudze potrzeby są ważniejsze. nawet jeśli minęły miesiące czy lata, radość będzie wciąż ta sama!

wiem, sprawdziłam!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o