13 Sty

Czuję miętę do Mięty, czyli najlepsze włoskie jedzenie w Warszawie i okolicach

najlepsza pizza w WarszawieDługo, oj długo, odwlekałam napisanie o tym miejscu. Strzegłam go zazdrośnie z obawy, że nagle wszyscy się tam zjadą i zjedzą do ostatniego okruszka moje ulubione przysmaki. I co wtedy by było?! Jednak nie mogę dłużej milczeć, bo to miejsce jest tak fantastyczne, że zasługuje, by mówić o nim na prawo i lewo!

Kto, no kto by pomyślał, że najlepsze włoskie jedzenie w tej części Polski można zjeść w malutkiej, rodzinnej knajpce w podwarszawskiej miejscowości? Niech Was jednak nie zwiedzie lenistwo – każdy metr i każdy kilometr drogi do Mięty wart jest wysiłku. Nagroda będzie niezapomniana, obiecuję!

Zanim o jedzeniu, to jeszcze o tym magicznym, wspaniałym czymś, co widać i czuć od pierwszego kroku. Czy nazwiemy to domową, ciepłą atmosferą? Czy dobrymi ludźmi z naszej bajki? Nie mam pojęcia, ale dotychczas spotkałam się z tym wyłącznie w filmach opowiadających o śródziemnomorskich krajach. Bo kto u nas wpada na pomysł założenia niewielkiej, rodzinnej knajpki z dala od gwaru ulic i tłumu ludzi? Pamiętam pierwszą wizytę u nich, jak ktoś z ulicy zadzwonił i chciał zamówić pizzę z dowozem do domu. Właściciel odmówił, argumentując, że oni chcą robić miejsce z klimatem, dla ludzi i że nie ma planów pieczenia pizzy na wynos. Spojrzeliśmy na siebie z Tomkiem porozumiewawczo, ja w myślach dawałam im kwartał. No bo jak to? Jako oni chcą utrzymać wiejską pizzerię bez dowozu pizzy? Szaleństwo jakieś. Ale… nie mogłam się bardziej mylić.

Oni dalej nie dowożą, a mimo to, a może m.in. dzięki temu, Mięta pełna jest ludzi, rozmów, śmiechu. Pysznego jedzenia, dobrego wina, pięknych dekoracji, które czarują mnie przy każdej wizycie. Nawet gdybym bardzo chciała, nie ma niczego, do czego mogłabym się przyczepić. Moje wnioski podziela zarówno Tomek, jak i kilkoro znajomych, z którymi dotychczas odwiedziliśmy to miejsce.

Menu mają krótkie, zmieniające się znacznie częściej niż sezonowo. Potrawy komponują ze świeżych produktów, w ogromnej części kupowanych lokalnie – tak, aby wspierać społeczność. Zatem grzyby skupują od grzybiarzy-tubylców, a wina od importera, który mieści się dwie ulice dalej.

Chociaż nazywają siebie „pizza i wino”, zjeść można u nich o wiele więcej. Wszystko, absolutnie wszystko, czego spróbowałam do tej pory (a odwiedziliśmy ich wiele, wiele razy!) było ucztą dla zmysłów. Tak, zmysłów, bo w Mięcie już sam sposób podania dań przyprawia mnie o ślinotok. I chociaż za każdym razem obiecuję Tomkowi, że nie będę robić siary z fotografowaniem jedzenia telefonem, to… chyba nigdy nie udało mi się dotrzymać obietnicy. Bo potrawy podane są najpiękniej. Na dodatek zniewalającą pachną i smakują jak niebo w gębie! Czy może być lepsza rekomendacja? Absolutnie nie! A jako wielbicielka włoskiego jedzenia, wszelkiej maści past i makaronów, a także owoców morza – wiem, co mówię.

Gdybym miała wymienić dania, które zapadły mi w pamięć, to pewnie nie starczyłoby mi Internetu 😛 W ubiegłym sezonie namiętnie jeździliśmy tam na najlepsze na świecie całym faszerowane kwiaty cukinii. A jesienią – Tomek uwielbiał rydze smażone na maśle. I całorocznie – mule w białym winie. Oczywiście krewetki z czosnkiem. I focciacię z rozmarynem, którą ze smakowymi oliwami (robionymi na miejscu, rzecz jasna) mogę jeść paluchami w ilością nieograniczonych nawet przyzwoitością. To dopiero początek – macie ochotę na steki z kalmara olbrzymiego? Lasagne? Czarny makaron z krewetkami? To wszystko i milion więcej znajdziecie w mojej ukochanej Mięcie w podwarszawskim Izabelinie. Tylko błagam – nie zjedzcie mi wszystkiego, coooo?

Tutaj jest ich fejsbookowy fanpejdż, na którym znajdziecie m.in. aktualne menu.
Adres: ul. Stanisława Augusta Poniatowskiego 7, 05-080 Izabelin

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar