10 Lut

Kambodża: pływające wioski na jeziorze Tonle Sap – Kompong Phluk

Odwiedziny w pływającej wiosce w Kambodży to doświadczenie, którego nie da się zapomnieć.

Podróże czasem odbierają nam mowę. Tak było dziś kiedy podczas dość spontanicznego wypadu do pływającej wioski pod Siem Reap w Kambodży… dosłownie zabrakło mi słów. Mimo (a może właśnie dlatego?), że w głowie kłębiły mi się dziesiątki myśli. Zwykle z miejsc, które odwiedzamy nagrywam jakieś stories, coś (i jeśli nie obserwujesz konta Moi Mili na Instagramie, to gorąco Cię tam zapraszam :D). Chciałabym zabrać Was ze sobą w jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na Ziemi. Jesteście gotowi?

Kompong Phluk to właściwie opowieść o ludziach, którzy tam żyją w rytmie wyznaczanym przez pory roku – deszczową i suchą. Poziom wody podnosi się i opada, poza tym dzieje się bardzo niewiele.

pływające wioski – niezmienny świat

Nie mają swojej ziemi. Domy budują na palach, w starych barkach, a czasem po prostu wraz z żoną i dzieckiem mieszkają w łodzi niewiele większej od kajaka. Mieści się tam wszystko – od hamaka zamocowanego tuż pod brezentową plandeką, chroniącą od deszczu aż po miski i utensylia kuchenne.

Czasem można spotkać łódź ciągnącą „dom” – to rybak, który akurat postanowił się przeprowadzić. Manewr okazuje się wyjątkowo prosty – wystarczy kawałek sznura i trochę cierpliwości. Karawana pływających dziwaków wolno przesuwa się po horyzoncie.

W domkach zbitych z desek, uszczelnionych szmatami, reklamówkami i plandekami żyją ludzie. Tam przychodzą na świat, jedynie w towarzystwie wioskowej znachorki, która towarzyszy ciężarnej. Tam spędzają dzieciństwo, noszone na plecach matek, które całymi dniami sortują i czyszczą ryby. Taplają się w żółtawej, mulistej wodzie, grzebiąc patykiem w mule. Robią to, co uwielbiają robić chyba wszystkie dzieci świata. Machają do przepływających łodzi, czasem popryskają wodą lub podglądają z ukrycia kolorowy świat.

Rodzice łódkami „odpływają” ich do szkoły. W pływających wioskach dojrzewają, zakochują się. Tu, w pływających kapliczkach biorą ślub. I tu urodzą się ich dzieci. Kiedyś ich życie w naturalny sposób zataczało krąg – zmarłych wyrzucano do rzeki. Teraz, podobno, już tak się nie dzieje, ale kto wie… kto wie…

pływające wioski to nieznany świat

Nie trzeba mówić, że to inny świat, bo widać to gołym okiem i czuć na każdym kroku. Kiedy łódź płynie wzdłuż tych prowizorycznych domostw, widzę scenki z życia: rodzinnego, sąsiedzkiego, przyrodniczego. Mamy możliwość, aby podpatrzeć jak łowią ryby, jak zastanawiają na nie pułapki, i jak później całymi rodzinami rozplątują sieci. Widzę dzieci od najmłodszych lat pomagające rodzicom, wypychające łodzie z mielizny, mocujące sieci do prowizorycznych kijków wbitych w dno. Widzę nastolatki piorące w rzece ubrania całych rodzin i starszyznę, chroniącą się przed upałem w cieniu łodzi i chat.

Co czuję? Festiwal uczuć. Jest mi przykro, żal mi dzieci, młodych matek i w ogóle wszystkich ludzi, którzy w takich warunkach muszą żyć, pracować i mieszkać. Czuję gniew i wściekłość na to, że świat jest tak podzielony. Za chwilę dołącza też bezsilność – bo przecież nawet gdybym chciała, nie jestem w stanie zmienić, ani poprawić ich życia.

I kiedy tak odpływam coraz dalej i dalej, wypełniona współczuciem, którego nikt ode mnie nie chciał, dociera do mnie jedno. Oni wszyscy są pogodni. Spokojni i widać, że pogodzeni z życiem. Może dlatego, bo nie znają innego? Może dlatego, bo wiedzą, że mają tylko to jedno życie. Swoje tu i teraz. Ich czas płynie w wiosce na wodzie i nie próbują wyważać otwartych drzwi.

Kiedy wśród ceglastego kurzu wracam tuk tukiem do Siem Reap, coraz mniej oczywistym jest dla mnie komu należy współczuć. Tym, którzy mają zegarki, czy tym, którzy mają czas? Tym, którzy mają pieniądze, czy tym, którzy mają spokój?

Im czy… nam?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o