09 Lut

Tajlandia: wyspa Koh Ngai, czyli miejsce bardzo szczęśliwe

Relacja z naszych rajskich wakacji na wyspie Koh Ngai w Tajlandii.

To miejsce skradło nasze serca. Wszystko, co mogę napisać o urokliwej wyspie Koh Ngai jest pozytywne. No, prawie wszystko, ale nie uprzedzajmy faktów. Przypłynęliśmy tu na 4 dni, zostaliśmy 2… tygodnie. Czy może być lepsza rekomendacja?

Koh Ngai – nasza wyspa szczęśliwa

Koh Ngai to mała wysepka leżąca na pograniczu prowincji Krabi – oficjalnie i Trang, z której zdecydowanie łatwiej się na nią dostać. Nazywana też czasem Ko Hai (ah, Tajowie i ich wymowa ;)) ma zaledwie 4 km długości i 2 km szerokości. Większość wybrzeża jest kamieniste i niedostępne, a serce wyspy stanowi las tropikalny. Próżno szukać tam dróg, samochodów, sklepów. W zasadzie jeden bok wyspy stanowi długa, ciągnąca się przez kilkaset metrów bielusieńka plaża. Tuż przy tej plaży znajdują się prawie wszystkie hotele, rozlokowane „po sąsiedzku”. My, zupełnie przypadkiem, trafiliśmy do jedynego hotelu, który znajduje się z innej strony – przy rajskiej plaży. Rajskiej również z nazwy, bo plaża nazywa się Paradise Beach, a ośrodek – o, jakże oryginalnie – Paradise Beach Resort.

pływamy kajakiem wokół wyspy Koh Ngai

Jak dotrzeć na wyspę Koh Ngai?

Z Bangkoku na lotnisko w Krabi najłatwiej dostać się samolotem. Tanie linie lotnicze – jak Air Asia czy Viet Air – oferują kilka połączeń każdego dnia, praktycznie co 1,5-2 godziny. Lot trwa niecałe 2 godziny, a ceny biletów zaczynają się już od 50$. Na lotnisku w Krabi bez problemu znajdziecie taksówkę do portu w Pak Meng (ok. godzina jazdy). Z Pak Meng prywatną łódką dopłyniecie na plażę swojego hotelu. Często można znaleźć też całe „pakiety transferowe” – czyli połączenie samochodowe łączone z rejsem łodzią. My za taki pakiet dla rodziny 2+2 zapłaciliśmy 3.000 batów (czyli ok. 360 zł).

Jak się poruszać po Koh Ngai?

To bardzo proste pytanie – pieszo ;). Jeśli mieszkacie w jednym z hoteli na wschodniej części wyspy, spacer „do końca plaży” w jedną lub drugą stronę jest główną opcją. Natomiast jeśli zamarzy Wam się piesza wycieczka – jest wąska dróżka przez dżunglę, prowadząca do Paradise Beach. Odrobinę trzeba będzie się zmęczyć, głównie przez prawdziwy tropikalny klimat, jednak widoki i przeżycia rekompensują każde zmęczenie. Droga zaczyna się na tyłach Tanya Resort, dalej poprowadzą Was znaki. Koniecznie zabierzcie ze sobą wodę i preparat odstraszający owady. Nam przejście z jednej strony wyspy na drugą zajmowało 30-40 minut (w zależności od tego czy Tomek był Mili lektyką, czy panienka szła o własnych siłach ;)).

A dokąd na wycieczkę?

A jeśli zamarzy Wam się wielki świat? To nie tutaj :P. Jak zacznie Was nosić, ciekawą odmianą od plażowania może być wycieczka łodzią. Najczęściej oferowana jest opcja pt.„4 wyspy”, ja jednak ją odradzam. Głównie dlatego, że jeśli ktoś obiecuje, że w 5 godzin zobaczysz i zwiedzisz 4 wyspy, to… no brzmi to podejrzanie. Wyprawa zamienia się w rajd po pięknych miejscach, niewiele w takim tempie można obejrzeć. Dodatkowo, przynajmniej w moim wyobrażeniu, rajskie okoliczności przyrody niespecjalnie idą w parze z tłumem turystów. A te wycieczki niestety przypominają takie spędy, gdzie wszystko – łącznie z obiadem i pływaniem w morzu – jest praktycznie na gwizdek (niestety czasem dosłownie – mogliśmy to obserwować podczas plażowania na Paradise Beach, gdzie przystanek ma wiele z wycieczkowych łódek).

W podobnej cenie (a jeśli podróżujecie w kilka osób, to wręcz taniej) można zorganizować własną wycieczkę – opłacić łódź i wybrać się tam, dokąd Wam się zamarzy. Na własnych zasadach! Ja serdecznie polecam przynajmniej jednodniowy wypad na Koh Mook. Oprócz rajskich widoków i pięknych plaż, znajduje się tam niewielkie miasteczko, bo na wyspie mieszka niewielka muzułmańska społeczność. Są sklepiki, stragany z jedzeniem i owocowymi sokami, oczywiście salony masażu i wiele, wiele innych. Koniecznie wybierzcie się do szmaragdowej jaskini, my zatrzymaliśmy się tam po południu – było zdecydowanie mniej łódek (i ludzi!) niż o poranku. Przez dłuższą chwilę byliśmy tam sami – to było absolutnie niezwykłe doświadczenie.

Nasz hotel na Koh Ngai

Trochę z przypadku, trochę z ciekawości trafiliśmy do Paradise Beach Resort. Tak, jak pisałam na początku – w przeciwieństwie do pozostałych kilku (-nastu?) resortów na wyspie, Paradise Beach położony jest w pięknej, płytkiej zatoczce. Dla nas stał się oazą spokoju i relaksu. Z trzech stron otoczony dżunglą – ze wszystkimi jej zapachami, odgłosami (!) i mieszkańcami. Od frontu obmywany ciepluteńkim morzem andamańskim (w styczniu temp. wody wynosiła 30 stopni, mierzone osobiście :D). Ze względu na przypływy i odpływy wody, plaża wygląda każdego dnia właściwie inaczej. To jednak są drobne subtelności, które dostrzec można jedynie zatrzymując się dłużej w jednym miejscu. Jednym z naszych ulubionych rytuałów było obserwowanie wielkiego warana, który mieszkał na skraju dżungli. Nie mam niestety przyzwoitych zdjęć, ale wspomnienia zostały (i, mam nadzieję, fajna lekcja biologii dla L.).

Paradise Beach Resort to obiekt, którego żadną miarą nie można nazwać luksusowym.

Ma w sobie jednak coś takiego, co przyciąga i sprawia, że czujesz się tam po prostu dobrze. Ja w myślach nazwałam go sobie „wystarczającym” – jest wystarczający pod wieloma względami i zasługuje na polecenie, szczególnie dla rodzin z dziećmi. Ze swoją plażą osłoniętą od fal, z drobnym piaseczkiem (który nie jest aż tak biały i delikatny jak z pocztówek, ale na tyle piękny, że chcesz podziwiać go godzinami). Są hamaki, w których leniwie bujałam nogą popijając świeże kokosy lub soki owocowe. Przesympatyczna obsługa, pomocna i choć słabo mówiąca po angielsku, życzliwa zarówno małym, jak i tym całkiem dorosłym gościom. Jako, że miejsce jest naprawdę trochę oderwane od świata, jedyną dostępną restauracją jest ta hotelowa. Szczęśliwie menu jest ułożone tak, że każdy znajdzie dla siebie coś dobrego. My polubiliśmy się z ich Pad Taiem i smażonym ryżem z krewetkami w ananasie. Dla wybrednych trzylatków są spoko frytki, całkiem dobra pizza i lody. Do tego świeże, słodkie i soczyste owoce w ilościach hurtowych (szczególnie mango, ananas i arbuz – pyyyycha!).

Pokoje są schludne i estetyczne, codziennie dobrze wysprzątane. Im niższy numer domku, tym bliżej plaży się znajduje, najbardziej polecam domki nr 1-10.

Do minusów zaliczyłabym raczej słabe śniadania (chociaż dania zamawiane w restauracji są naprawdę smaczne). I basen, który wyglądał na… ekhem… umiarkowanie czysty. Dla spokoju zrezygnowaliśmy z kąpieli w nim, chociaż mając ciepłe i spokojne morze na wyciągnięcie ręki, nie było to jakimś ogromnym poświęceniem. Więcej wad sobie nie przypominam.

Co robić na Koh Ngai?

Najlepiej… nic! Chociaż trudno mi w to uwierzyć, ale udało nam się to idealnie. 2 tygodnie w Paradise Beach Resort były najprawdziwszymi wakacjami leniucha, dokładnie tym, czego po męczącym roku potrzebowaliśmy. Było wylegiwanie się w hamaku, budowanie zamków z piasku, sen w cieniu palmy. Przeczytałam 3 książki (słownie: trzy! to absolutny rekord od kiedy podróżujemy stadnie ;)). Były tajskie masaże (bo jak tu nie skorzystać, skoro godzina kosztuje 35 zł!), wypiłam niezliczone ilości świeżych kokosów. A przede wszystkim – kąpiele w ciepłym morzu i snorkeling. Czasem jakiś kajaczek – łagodne morze w zatoce aż się prosi, aby popływać, a na piasku stoją kajaki do dyspozycji hotelowych gości.

Podsumowując – jeśli szukacie miejsca na odpoczynek i rodzinny reset – będzie Wam tu dobrze :).

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o