27 Cze

Siedmioro dzieci i my, czyli rodzina wielodzietna w  XXI wieku

rodzina wielodzietna 

 Opowiesz o sobie w kilku zdaniach?

Jestem Agnieszka, mam trochę lat (śmiech), jestem kobietą, z wykształcenia romanistką. Pedagogiem, mentorem, żoną i… mamą siedmiorga dzieci.

SIEDMIORGA???

Tak, nigdy nie rozumiem tego zdziwienia. Nie powiedziałam przecież, że urodziłam siedmioraczki. Mam siedmioro dzieci, ale nasza rodzina rosła stopniowo przez wiele lat. Dla mnie to naturalne. Bardzo chciałabym pokazać ludziom, że można żyć szczęśliwie, niekoniecznie podążając ścieżką udeptaną przez innych. Wokół rodzin wielodzietnych funkcjonuje wiele stereotypów, chcę to zmienić. Wierzę, że najlepszym sposobem jest oswajanie ludzi z innością, pokazywanie im czegoś odmiennego. Dlatego założyłam konto na Instagramie i chciałabym zaistnieć jako swoisty ambasador dla rodzin większych niż 2+2.

Bardzo się cieszę, że możemy porozmawiać. Jestem niezwykle ciekawa – zarówno Ciebie, jako kobiety i matki, jak i wszystkiego, co dotyczy życia w tak dużej rodzinie. To musi być wyzwanie, prawda?

I tak, i nie. Macierzyństwo zawsze, dla chyba każdej kobiety, stawia przed nami wyzwania. Pokonujemy trudności jako mama jedynaka. Ja mam ich może trochę więcej. Ale na pewno nie siedem razy więcej, jak to sobie część ludzi wyobraża.

W jakim wieku są Twoje dzieci?

Najstarsza córka ma 15 lat. A później prawie równo co dwa lata: 13, 11, 9, 7, 6 i najmłodsza ma 3,5 roku. Czterech chłopców i trzy dziewczynki. I my z mężem, razem tworzymy rodzinę… 2+7! Wszystkie wymarzone, chciane świadomie i wyczekane – uprzedzę Twoje pytanie. Ludzie bardzo często się nad tym zastanawiają, kiedy widzą nas razem.

Nigdy nie planowałam, że będę miała tak dużą rodzinę. Te zmiany zachodziły we mnie stopniowo. Sama mam trójkę rodzeństwa i byliśmy raczej wyjątkiem niż regułą w okolicy, w której się wychowałam. Miałam jednak bardzo szczęśliwe dzieciństwo, to na pewno ukształtowało mnie pod wieloma względami. Jednak dopiero na studiach, kiedy wyjechałam do Francji, do pracy, trafiłam jako opiekunka do wielodzietnej rodziny. Byli to wykształceni, zamożni i wiodący szczęśliwe życie ludzie. Był to dla mnie swoisty szok, bo wówczas w Polsce wielodzietność kojarzona była bardziej z patologią niż ze szczęściem. Ci ludzie, którym pomagałam trochę w opiece nad dziećmi, obracali się w środowisku podobnych sobie. Dotarło do mnie, że wiele dzieci, to wiele powodów do radości. Ciekawe to było przeżycie i gdy teraz wracam myślami, na pewno wpłynęło na mnie. Ośmieliło mnie do podjęcia decyzji o powiększeniu rodziny wiele, wiele lat później.

Oboje z partnerem chcieliście od początku mieć tak liczną gromadkę wokół siebie?

Absolutnie nie! Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę, tuż po urodzeniu dziecka… czułam się dokładnie tak, jak większość kobiet po urodzeniu dziecka. Nie mogłam ogarnąć ani siebie, ani córeczki. Poczułam, że z tym macierzyństwem to ktoś mnie oszukał. Nie było różowo i brakowało lukru, miałam za to obolałe ciało i towarzyszyło mi zmęczenie nie do opisania. Jednak z dnia na dzień i tygodnia na tydzień było coraz lepiej. Odnalazłam w byciu mamą szczęście, mogłam (i mogę do dziś) liczyć na ogromną pomoc i wparcie partnera. Mniej więcej po roku od porodu, zaczęliśmy dostrzegać, że mamy w domu cudownego małego człowieka. „A może by tak mieć dwóch małych ludzi?”. W zasadzie mogę powiedzieć, że powtórzyło się to jeszcze 6 razy…

Czyli nie było planu na „szczęśliwą siódemkę”?

Nie, nie od razu. Po każdym porodzie byłam pewna, że to nasze ostatnie dziecko. Później jednak zaczynało brakować w domu niemowlaka i jakoś tak… decydowaliśmy się na kolejne. Bo czemu by nie pomnożyć tej miłości?!

Całkiem niedawno w sobotni poranek, leżeliśmy z mężem jeszcze w łóżku, a dom tętnił życiem – śmiechem, biegiem, brzękiem talerzy. Generalnie dobiegał do nas kuchenny gwar całkiem sporego tłumu dzieci. Wtedy mąż spojrzał na mnie i powiedział: „O rety, co myśmy narobili, mamy siedmioro dzieci!”. Śmialiśmy się z tego długo.

Czy siódmy poród boli mniej od pierwszego?

Poród to poród, nic się nie zmienia z ilością. Życie boli, poród też boli. Jednak to moment, chwila, o której zapominasz, kiedy dostajesz w ramiona cud, jakim jest dziecko. Każde dziecko, nieważne – pierwsze, piąte czy siódme.

Łatwiej mieć jedno, troje czy siedmioro dzieci?

Zdecydowanie najtrudniej mieć pierwsze dziecko. I trzecie. Pierwsze wywraca Twoje życie do góry nogami. Wszystko odkrywasz wtedy, wszystkiego musisz się nauczyć – stawiasz pierwsze, niepewne kroki w macierzyństwie. To trudny czas, pełen wyzwań.

Pojawienie się trzeciego dziecka jest trudne, bo… zaczyna Ci brakować rąk. Dosłownie. Kiedy masz dwójkę, możesz równocześnie je tulić, głaskać, nawet nosić. Przy trzecim poprzeczka idzie w górę. Kiedy urodziłam trzecie dziecko, w domu mieliśmy konfigurację: czterolatka, dwulatek i noworodek. To była chwilami jazda bez trzymanki!

 

Co zmienia się w rodzinie wraz z pojawieniem się kolejnego dziecka?

Pierwsze tygodnie po pojawieniu się kolejnego dziecka to zawsze czas rotacji – zmiany miejsc. Bo nagle ze szpitala wraca mama z nową siostrą/bratem i najmłodsze do tej pory dziecko, już nie jest najmłodsze. Dzieci wtedy dorośleją, przesuwają się w górę po drabinie dorastania. Przybywa obowiązków, ale ja już chyba tego nie odczuwam. W końcu to tylko 1/4, 1/5 czy 1/6 tego, co miałam poprzednio (Agnieszka się śmieje).

Podzielisz się swoimi trikami na organizację życia tak dużej rodziny?

Z jednej strony długo by wymieniać na pewno. Jednak z drugiej – wiele rzeczy robię po prostu automatycznie. Tak, jak mówiłam Ci na początku rozmowy – ja nie urodziłam siedmioraczków! Dzieci pojawiały się w domu stopniowo, więc poziom trudności szedł do góry też powoli. Jak już dobrze opanujesz ogarnianie domu i czwórki dzieci, to wierz mi – piąte nie robi jakiejś ogromnej różnicy.

Dla mnie najważniejszy jest rytm dnia. Pilnuję go, bo bez niego wszystko by się posypało. Dzieci mają swoją porę wstawania (w zależności od czasu dojazdu do szkoły, do której chodzą). Są wspólne, rodzinne posiłki – minimum jeden dziennie. To dla nas bardzo ważne i pilnujemy tego naszego rytuału. Podobnie wieczorem – dzień kończy się o godzinie 20, wtedy dzieci idą już na górę i zajmuję się toaletą, przebieraniem w pidżamy i ewentualnie lekturą. Kiedy dni są długie, jak teraz, czasem kładą się trochę później oczywiście. Jednak powtarzalność i ustalony rytm dnia to mój główny trik w zarządzaniu domem.

Od dawna zakupy robię przez Internet. To świetna sprawa, polecam wszystkim młodym mamom. Raz na dwa tygodnie robię zamówienie i wszystko przywozi (i wnosi!) mi kurier. U nas takie zakupy są koniecznością, bo zajmują pół tego samochodu i sama bym ich chyba nie wniosła do domu. Kupujemy raczej w ilościach hurtowych, bo i spożycie mamy niemalże hurtowe!

Mieścicie się razem do samochodu?

Tak, ale jeździmy busikiem. To jedyny samochód, którym możemy podróżować wszyscy razem. Jeździmy nim też na wakacje czy ferie zimowe. Sporo jednak przemieszczamy się też komunikacją miejską, a raczej podmiejską, bo mieszkamy pod Warszawą.

Czy usypiasz swoje dzieci?

Nie biorę już udziału w wieczornych kąpielach, przebierankach i układaniu do snu. Są na tyle duzi, że spokojnie dają radę – zawsze ktoś starszy pomoże młodszym, młodsi jeszcze młodszym… Przychodzę zawsze, aby utulić i ucałować każde z nich przed snem, to jeden z naszych rytuałów.

Czy starsze dzieci zajmują się młodszymi?

Jasne, że tak. Staram się ich nie obarczać obowiązkami, jednak w rodzinach wielodzietnych to po prostu dzieje się naturalnie. Pomagamy sobie i jesteśmy dla siebie dobrzy. Starsze dzieci wiedzą, że jeśli np. dwójka maluchów przed wyjściem zgubi gdzieś buty, to wyjdziemy wszyscy tym szybciej, im szybciej się buty znajdą. A znajdą się wtedy, gdy pomogą ich szukać. Proste.

Poza tym – każdy, poza najstarszą córką, doświadczył tego, że jemu pomagał ktoś starszy od niego. Więc później chętnie pomaga młodszym od siebie – kiedy sam nauczy się wiązać buty np. Z jednej strony sam ćwiczy tę umiejętność, z drugiej to dla niego naturalne, że skoro wcześniej tego nie umiał i otrzymywał pomoc od starszej siostry czy brata, to dziś, gdy już się nauczył, on pomoże któremuś z maluchów. To kolejna z zalet życia w dużej rodzinie.

Jak utrzymać tak dużą rodzinę? Są osoby, które marzą o kolejnym dziecku, jednak hamują się przez względy finansowe. Ciekawa jestem, jak to jest u Was?

Oczywiście finanse są ważne. Mamy to szczęście, że biznes mojego męża rozwinął się na tyle, że nie możemy narzekać. Przeprowadziliśmy się pod Warszawę, do domu, który nas spokojnie pomieścił. Początkowo wydawał się duży, jednak wraz z powiększaniem rodziny… jakby się kurczył 😛 Mamy sporo wspólnych przestrzeni, dużo czasu dzieci spędzają w ogrodzie.

Przez te wszystkie małżeńskie lata ja również pracowałam, w każdej ciąży do 38 tygodnia ciąży chodziłam do pracy. I po pół roku macierzyńskiego wracałam (bo wtedy jeszcze urlop macierzyński był znacznie krótszy niż dziś).

Wszystkie dzieci chodzą do prywatnych szkół – dla nas edukacja dzieci jest priorytetem. Jednak zawsze jest coś za coś – nie jeździmy na zagraniczne wakacje, na różne rzeczy nie możemy sobie pozwolić. Jednak nie rzeczy są dla nas najważniejsze, ale czas razem. Życie to kwestia wyboru.

Pracowałaś? Żartujesz? Jak udawało Ci się pogodzić pracę z opieką nad piątką czy szóstką dzieci?!

Przez kilka lat mieszkała z nami moja Siostra, ona bardzo nam pomagała. Aby się utrzymać pracowałam normalnie na pełnym etacie jako mentor i pedagog. Miałam to szczęście, że dobrze znosiłam ciąże, więc mogłam zostać w pracy prawie do samych porodów. Szybko też wracałam do życia zawodowego, niby te kilka miesięcy macierzyńskiego spędzałam w domu, jednak do aktywności zawodowej wracałam czasem i po kilku dniach od porodu – przez telefon czy Internet.

Znajdujesz czas sam na sam z każdym z dzieci?

Staram się. Nie jest to łatwe, bo doba jak na złość nie chce być z gumy. Widzę i czuję, które z moich dzieci potrzebuje, aby je wesprzeć czy zrobić coś razem i próbuję wygospodarować na to czas, nawet kosztem snu czy jakichś czynności domowych. Szczególnie dużo uwagi poświęcam najstarszej córce, która jest już cudowną nastolatką. A nastolatki, jak to nastolatki – mają trochę swój świat i swoje problemy. Staram się być obok, kiedy mnie potrzebuje. Ostatnio wyrwałyśmy się późnym wieczorem do kina, już po położeniu maluchów do łóżek. Super było, miałyśmy obie świetny czas, a ja bawiłam się jak ze swoją dobrą kumpelą.

Zachwyca mnie, że każde z moich dzieci jest tak naprawdę inną osobą. To fascynujące patrzeć jak się rozwijają, rosną, zmieniają. Ogromna przygoda i wyróżnienie!

Czy kiedykolwiek żałowałaś, że zdecydowałaś się na taki model rodziny?

Nie, nigdy. Podejmowaliśmy tę decyzję latami tak naprawdę. Za każdym razem rodzina powiększała sie o jednego członka, więc gdyby coś nie grało, nie robilibyśmy tego. Wielodzietność upraszcza życie, wiesz? Nie masz czasu i sił dzielić włosa na czworo i nad wszystkim się zastanawiać czy teoretyzować. Mam śliczne, zdrowe, mądre dzieci, fajnego męża, dobre życie – czego miałabym żałować? Nie musiałam niczego oddać czy poświecić, niczego nie żałuję.

Opiszesz swój zwykły dzień? O której wstajesz, jakie masz obowiązki, jakie przyjemności?

Wstaję razem z najstarszymi chłopcami, przed 6. Oni się szykują do wyjścia, ja przygotowuję w tym czasie śniadanie. Jemy razem, mamy dla siebie kilka chwil. Później oni wychodzą do szkoły (muszą dojechać do sąsiedniej miejscowości, dlatego wyruszają wcześniej niż reszta). Wtedy ja powoli budzę pozostałych. Trochę im pomagam, krzątam się porankowo, jemy śniadanie. Odwożę ich do szkół i przedszkoli, w drodze powrotnej robię drobne zakupy. Znaczną część produktów spożywczych zamawiam internetowo, jednak warzywa, owoce czy nabiał kupuję na bieżąco.

Wiesz – u nas, aby zrobić jajecznicę, potrzeba 25 jajek! Zużywamy 3 litry mleka dziennie. Kupuję 10 paczek pieczywa tostowego i ledwo starcza na 2 tygodnie. Irytują mnie limity narzucone odgórnie w sklepach internetowych:  nie możesz zamówić więcej niż 3 kartony czy 4 baniaki czegoś. A co to są 4 baniaki wody ja się pytam?!

Wracam do domu ok. 10:00. Włączam zmywarkę, pralkę, suszarkę – każdego dnia, ważna jest regularność, aby nie przysypała mnie sterta prania. Po urodzeniu ostatniego dziecka nie wróciłam już do pracy zawodowej, więc mamy chwilę dla siebie z mężem (on pracuje głównie z domu). Szykuję obiad dla nas wszystkich – gotuję bardzo proste rzeczy, które jednak odpowiadają dzieciakom. Nie mam czasu ani siły na jakieś kombinowanie w tej kwestii.

Zwykle mniej więcej wtedy okazuje się, że już czas, aby jechać po dzieciaki do bliższych i dalszych placówek. Wracamy do domu, w zależności od dnia i planów – ktoś nas odwiedza albo my się gdzieś razem wybieramy. Jemy wspólnie obiad. Jest radośnie, gwarnie i rodzinnie. To jest czas rozmów, śmiechów, tulenia, pocieszania. Ok. 20 dzieci idą już na górę, szykować się do snu. Wieczór jest dla nas – dla mnie i dla męża.

Skąd czerpiesz cierpliwość? Gdzie jej szukać?

Sama się czasem nad tym zastanawiam. Nie wiem, cierpliwość jakoś sama się znajduje. Nauczyłam się odpuszczać wiele rzeczy. Nie martwię się tak jak kiedyś bałaganem – do pokoju chłopców nie zaglądam po prostu, bo mogłabym tam przepaść na wiele godzin sprzątania.

Jak wygląda u Was kwestia zmywania/sprzątania/kąpieli?

Mamy zmywarkę, jedną, całkiem zwyczajną. To, co niezwyczajne to pewnie fakt, że musimy ją włączać trzy razy dziennie. Do sprzątania staram sie angażować też dzieci, różnie to wychodzi – wiadomo. Jeśli chodzi o kąpiel – mamy trzy łazienki, więc nie ma kolejek. Starsze dzieci opiekują się młodszymi podczas mycia – pomagają odszukać pidżamę, dopilnują czy umyte są zęby itp.

A tak czysto praktycznie – ile macie piekarników?

Jeden! Póki co dzieci są małe i nie zjadają jeszcze jakichś ogromnych ilości. Może gdy będę mieć w domu kilku nastolatków, trzeba będzie doposażyć trochę kuchnię.

Jak wyglądają Wasze posiłki?

Bardzo dbamy o to, aby przynajmniej jeden posiłek dziennie zjadać wspólnie. To czas na rozmowy, dzielenie się tym, co nam się w ciągu dnia przytrafiło, opowiadanie o swoich radościach i troskach. Dla mnie jako mamy to bardzo ważna chwila obserwacji całego swojego „stadka”. Widzę, kto miewa się dobrze i potrzebuje ode mnie tego dnia tylko buziaka, a które dziecko coś trapi i chciałoby porozmawiać, napić się razem herbaty czy po prostu kto potrzebuje mnie najbardziej.

Dręczą Cię czasem wyrzuty sumienia? Że nie dość dużo/dobrze/kreatywnie/cokolwiek spędzasz czas z dziećmi?

Wyrzuty sumienia zawsze są. Gdybym nie miała dzieci, to miałabym wyrzuty, że zaniedbuję męża/siebie/pracę. Daję tyle, ile mogę, staram się być dla siebie wyrozumiała. To dobrze czasem przyjrzeć się swoim działaniom krytycznie i zastanowić się, co mogę zrobić lepiej czy inaczej. Nie należy jednak być dla siebie zbyt surowym. Nie trzeba mieć doktoratu z macierzyństwa, aby być dobrą mamą.

Odnajdujesz czas na siebie i swoje pasje i marzenia?

Tak, trochę tak. Widzę, że z miesiąca na miesiąc łatwiej mi jest wygospodarować czas dla siebie. Szczególnie od kiedy jestem na urlopie wychowawczym. Jestem teraz trochę w takim miejscu w życiu, kiedy zastanawiam się, dokąd chcę pójść w sensie zawodowym. Chciałabym przybliżyć ludziom ideę wielodzietności i obalać stereotypy. Są ludzie, którzy bardzo cierpią przez nie. Nie chcę nikogo namawiać na kolejne dzieci, absolutnie. Chcę jednak pokazać tym, którzy się zastanawiają, że taka droga może być piękna i niezwykle satysfakcjonująca. Kiedy jesteśmy gdzieś całą rodziną, często słyszę pytania „a co to za wycieczka?!” albo ktoś tam szepcze o nas „króliki”. To przykre, jednak już mnie nie boli. Znam swoją rodzinę, znam siebie i trudno mnie zranić takimi bzdurami. Są jednak ludzie, którym sprawia to przykrość, są kojarzeni z patologią itp. Chciałabym to zmienić. Różnorodność jest przecież świetna!

Jak tak liczna rodzina wpłynęła na Twoje relację z mężem?

Umocniła ją. Myślę, że mam ogromne szczęście, bo oboje jesteśmy zaangażowani w wychowanie naszych dzieci. Oboje dbamy o dom, o dzieci i o siebie. Zawsze dbałam o to, abyśmy mieli czas dla siebie. Wychodzimy razem do kina czy knajpki – po prostu dzwonimy po nianię i wymykamy się z domu. Nie kosztuje to tak dużo, aby nie móc sobie na to pozwolić, to kwestia decyzji i pewnych priorytetów.

Twoja skromność, zaradność i uśmiech robią na mnie ogromne wrażenie. Zastanawiam się, jak tak delikatna i śliczna blondynka daje sobie radę z takim ogromem obowiązków?

Ja daję radę? Nieee, ja nie daję rady. Ciągle na nowo nie daję rady. Ale później wstaję, otrzepuję się i próbuję od nowa. Jestem podczas tego niedawania rady cholernie szczęśliwa.

.

Ps. Przygody Agnieszki i jej wesołej gromadki możecie śledzić na ich instagramowym profilu: familyfunbymum 🙂

– mama Leona i Mili, psycholożka, fotografka, instruktorka nurkowania. Zakochana w życiu i ludziach.

Bardzo miło mi Cię tutaj widzieć. Jeśli spodobało Ci się to, co tu znalazłaś, zostańmy w kontakcie:

– udostępnij ten wpis

– polub Moi Mili FB

– obserwuj Moi Mili Instagram

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
KasiaAgnieszka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Agnieszka
Gość
Agnieszka

Gratulacje. Sama jestem mamą sześcioro synów.

Kasia
Gość
Kasia

Jako mama szóstki dzieci podpisuję się pod tym wywiadem obiema rękami 🙂