Urodziłam dzieci w prywatnym szpitalu, czyli piękna opowieść porodowa

poród w Medicover

Chcę dziś napisać o czymś bardzo dla mnie ważnym. Z jednej strony – osobistym, z drugiej jednak być może przydatnym dla tych z Was, które poszukują informacji o porodach w prywatnych placówkach w Polsce. Przed podjęciem decyzji, gdzie przyjdzie na świat Leon, bardzo szukałam takich opinii, niestety oprócz relacji na stronie szpitala, nic takiego wówczas nie znalazłam.

Zamiast wstępu: spodziewam się, że wpis może stać się wodą na młyn dla podejrzliwych, malkontentów i różnej maści freaków. Dlatego już na wstępie napiszę: 1. rodziłam dwa razy w szpitalu Medicover w Warszawie; 2. oba porody odbyły się przez cesarskie cięcie – i tak wg mnie, to jest poród, jeśli masz ochotę przekonać mnie, że jest inaczej – polecam nacisnąć teraz krzyżyk w prawym, górnym rogu; 3. sól w oku wielu troskliwych – wpis w żaden sposób nie jest sponsorowany czy dofinansowany przez Medicover, stanowi mój autorski pomysł, o którym placówka nawet nie wie. Ok, skoro z głowy mamy podstawowe wyjaśnienia i formalności, możemy przejść do rzeczy.

Kiedy zaszłam w ciążę, myśl o porodzie starałam się od siebie odpychać, z tej prostej przyczyny, że czułam się po prostu nią przerażona. Nie lubię lekarzy, podczas pobierania krwi może nie mdleję, ale ojejuję dużo i myśl o pobycie w szpitalu napełniała mnie strachem. Gdzieś pewnie do siódmego miesiąca na pytanie: gdzie rodzisz? – reagowałam nerwowym chichotem. Serio, wierzyłam, że po prostu pewnego dnia znajdę dziecko w łóżeczku w naszej sypialni. Mijały kolejne tygodnie ciąży i stało się jasne, że mój wymarzony scenariusz się nie sprawdzi. Musiałam wybrać miejsce.

Ciąża to taki śmieszny czas, kiedy każdy, nawet nowopoznany kumpel Twojego męża czy pani w warzywniaku czują się w obowiązku podzielić się porodowymi opowieściami swoich sąsiadów, ich kuzynów i dziwną historią, którą opowiedziała mu przyjaciółka siostry jego macochy. Oczywiście im więcej pikantnych szczegółów, tym lepiej, a im bardziej dramatyczna relacja, tym chętniej wszyscy się nią dzielą. No tak już jest i nie ma co z tym walczyć. Wiadomo jak opowieści tego typu działają, szczególnie na takie strachajła jak ja…

Myślę, że z perspektywy mojej relacji i samego momentu podejmowania decyzji, ważne są jeszcze trzy szczegóły. Miałam niewątpliwą nieprzyjemność odwiedzić w warszawskich państwowych szpitalach znajome, które urodziły tam dziecko. Za każdym razem wychodziłam stamtąd z mieszanką współczucia i obrzydzenia (a dodam, że mam na myśli “te mające się za lepsze” placówki). Głównie raził mnie niesympatyczny personel, katastrofalne warunki i brak poszanowania intymności i godności – zarówno matki, jak i dziecka. Można oczywiście spojrzeć na to, ile na przestrzeni ostatnich lat udało się zmienić i pisać o małych sukcesach służby zdrowia. Dla mnie to półprawdy – wtłoczone w system, pozbawione wyboru kobiety, zgadzają się na to, na co zgadzać się absolutnie nie powinny. Opowieści – czy to koleżanek, czy na pierwszym lepszym forum, sprawiają, że włosy stają mi dęba.

Druga rzecz – zdarzyło mi się trafić do szpitala w Berlinie. W zasadzie nawet nie można tego porównać do doświadczeń z polską służbą zdrowia. Poziom troski o pacjenta, jego komfort, profesjonalizm lekarzy i personelu medycznego, ani warunki, w jakich przebywają chorzy – wszystko to jest jak z innej niż polska bajki. Kiedy na własne oczy widzisz, że można inaczej, szukasz innych rozwiązań. Chciałam, aby dzień narodzin mojego Syna był wyjątkowy. By było to Święto, zarówno dla mnie, jak i dla Tomka.

Nie daję zgody na podejmowanie za mnie decyzji – dot. znieczulenia okołoporodowego, sposobu karmienia MOJEGO dziecka, jego szczepienia bądź nieszczepienia. Nie wyobrażałam sobie, że ktoś będzie sobie pozwalał na niewybredne uwagi o moich piersiach, o tym jaką jestem matką, ile w ciąży przytyłam i “że musi boleć”. Nie chciałam liczyć na łut szczęścia, że nie będę odsyłana od szpitala do szpitala, bo akurat nie ma miejsc. Nie chciałam leżeć na korytarzu na zakrwawionym prześcieradle, jak pierwsze chwile po porodzie spędzała ze swoim synkiem moja znajoma. Nie chciałam wciskać “na lewo” pieniędzy położnej czy lekarzowi z nadzieją, że wtedy jakoś lepiej się mną zajmie, bo za normalną pensję, która płacona jest z naszych podatków, nie chce im się. Nie chciałam tego wyjątkowego dnia być petentem, ale klientem. Potraktowany z należnym mu szacunkiem i troską.

I wtedy miała miejsce trzecia ważna rzecz – zupełnie przypadkiem spotkałam Agatę, kobietę, która była troszkę bardziej niż ja ciążowo zaawansowana i niedawno podpisała umowę na poród w Wilanowie, w szpitalu Medicover. Oczywiście na tę informację zareagowałam dość sztampowo – pytałam ją, czy to na pewno bezpieczne i czy w razie komplikacji nie wyprowadzą jej ze szpitala na parking (ewentualnie nie odeślą do państwowej placówki). To sztandarowe zarzuty, które pod adresem prywatnych szpitali kierują ludzie, którzy nie mają o nich pojęcia… I wtedy Agata powiedziała najważniejszą i przełomową rzecz – idź, spotkaj się, porozmawiaj, obejrzyj. To nic nie kosztuje, a będziesz miała pełny obraz i wszystkie dane do podjęcia decyzji.

Poszłam. Była to chyba najlepsza decyzja, jaką podjęłam w ostatnich latach. Zaufałam. W ich profesjonalizm, w to, że oboje z dzieckiem będziemy bezpieczni w komfortowych warunkach. Leon przyszedł na świat w Walentynki 2012 roku, w jednym z trzech najpiękniejszych dni w moich życiu. Poród był nie tylko porodem, ale najwspanialszym na świecie, wyczekiwanym przez miesiące spotkaniem z tym Małym Człowiekiem.

Zarówno dziecko, jak i ja, byliśmy pod opieką wybitnych specjalistów – bezpieczni i zadbani od przyjęcia do szpitala aż po wypis, a nawet później. Zarówno lekarz, jak i pielęgniarki i położne na każdym etapie informowały mnie o wszystkim, co będzie się działo ze mną, a później też z Leonem. Mogłam podjąć swoje decyzje i były one szanowane. Traktowano nas życzliwie, ciepło, z szacunkiem. Przez cały czas pobytu – łącznie z salą operacyjną i nocami był ze mną Tomek. Szczerze? Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go nie być. Z dwóch powodów – po pierwsze: to jego wyczekane i upragnione dziecko, ma prawo spotkać je jak najszybciej, a nie wtedy gdy pozwoli na to “widzimisię” położnych. Po drugie – rzadko tak, jak wtedy potrzebowałam jego wsparcia i obecności.

Jeśli miałabym jednym zdaniem określić ludzi, którzy pracują w tym szpitalu byłoby to: “profesjonalizm z ludzką twarzą”. Bo czasem tak niewiele trzeba, żeby okazać zrozumienie. W każdej chwili mogliśmy poprosić o pomoc czy konsultację – począwszy od lekarza, poprzez położne, aż po pielęgniarki neonatologiczne, które przychodziły o drugiej w nocy, by kolejny raz pokazywać mi, jak przystawia się dziecko do piersi. Należy podkreślić ich poszanowanie wyborów kobiety. Jeśli chcesz karmić naturalnie – zrobią wszystko, by Ci pomóc. Gdy wybierzesz butelkę – dostaniesz najlepsze mleko i wszystkie niezbędne wskazówki.

Bardzo dla mnie ważny był brak bólu, którego tak bardzo się bałam (tym bardziej, im więcej “porodowych opowieści” dziwnej treści słyszałam od (nie)znajomych). Okazuje się jednak, że można podawanie leków tak ustawić, aby nie bolało NIC. Nic a nic. Uwierzycie? Bo poród nie musi boleć, a może wręcz być pozytywnym doświadczeniem, tylko trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Otoczonym odpowiednimi ludźmi.

Dzień, w którym pojawił się Leon był wyjątkowy. Dlatego chciałam być z najbliższymi, chciałam, żebyśmy byli tylko w swoim towarzystwie, w dobrych warunkach. Sale w prywatnych szpitalach, w których po porodzie przebywają mamy z dziećmi są w standardzie dobrego hotelu. Z super wygodnym, regulowanym łóżkiem, swoją śliczną i świeżą łazienką i ogromnym telewizorem, gdyby ktoś miał ochotę na film. Były kwiaty, były prezenty, byli ci, którzy są dla mnie ważni. Wszyscy razem świętowaliśmy Leona, zachwycaliśmy się nim i cieszyliśmy, że już bezpiecznie wylądował.

Gdy rodziła się Mila, naturalnym był powrót do Medicover, w ogóle nie brałam pod uwagę innej opcji. Wtedy po porodzie chciałam spokoju i ciszy, chciałam tylko z Tomkiem nacieszyć się naszą tycieńką Dziewczynką, wiedziałam, że po powrocie do domu uwagę trzeba będzie dzielić między nią a Leona, więc tym bardziej łapałam minuty sam na sam. I znów to miejsce spisało się doskonale. Mila miała ledwie godziny, kiedy leżeliśmy z Tomkiem przytuleni do siebie i oglądaliśmy film. A ona spała między nami, taka mała, maleńka.

Bez porywania się na wielkie słowa mogę powiedzieć, że narodziny moich dzieci były celebrowane. Były moim, naszym, pełnym intymności i miłości świętem. I zdaję sobie w pełni sprawę, że przełożyło się to w dużym stopniu na naszą relację – ten piękny, wspólny start. Dlatego czuję się w obowiązku podzielić się doświadczeniem z tymi z Was, które być może jeszcze się wahają. Chętnie odpowiem na Wasze pytania, czy w komentarzach czy mailowo, a jeśli nie będę w stanie – pokieruję Was do kogoś, kto będzie.

Uważam, że absolutnie każda rodzina zasługuje na poród w godnych, bezpiecznych warunkach, na swoich zasadach, wśród życzliwych ludzi. Marzy mi się, że kiedyś państwowa służba zdrowia będzie w stanie je zapewnić. Niestety (albo stety, bo wreszcie pojawiła się jakaś alternatywa) – póki co można to znaleźć tylko w prywatnych szpitalach.

W zasadzie trudno mi pisać o Medicover jako o szpitalu, czułam się bardziej jak w “urodzeniowym spa”, do tego stopnia, że w chwili wyjścia ze szpitala było mi trochę smutno – że to już. Bo chętnie zostałabym jeszcze kilka dni. A w sekrecie powiem Wam, że jak wychodziliśmy stamtąd z Milą, półtora roku temu… powiedziałam “do zobaczenia” :D

Subskrybuj
Powiadom o
guest

118 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Ewa
Ewa
9 lata temu

Super tekst! I w pelni rozumiem, tez dwa razy rodzilam w Medicoverze – raz naturalnie, raz cc (i majac porownanie moge wszystkich zapewnic ze cc to absolutnie tez porod:)). I mam wspaniale wspomnienia z obu wydarzen, dokladnie takie celebrowane cudy narodzin! Tez mialam opory przed publiczna sluzba zdrowia i nie chcialam liczyc ze albo cos sie uda albo nie. Szczegolnie ze potem sie okazalo ze moje porody standardowe nie byly. A tak super przeprowadzone. To byly jedne z najlepiej wydanych pieniedzy w moim zyciu. I chetnie to wspominam; szczegolnie ze drugi porod byl niedawno i ze lzami wzruszenia wychodzilam z… Dowiedz się więcej »

Kasia
Kasia
9 lata temu

Pierwsze dziecko rodzilam w Wołominie, to była tragedia i bol, szpital szczycił sie wtedy latka ” rodzic po ludzki ” ale nic po ludzku tam nie było mimo tego ze położna ” dostała od nad ” w rękę” 600zl.zostałam głupia baba, nikt nie pofatygowal sie żeby mi pokazać jak karmi sie dziecko a na koniec chcąc wyjść na własną prośbę poinformowano mnie ze dziecko dostanie sepsy i umrze jak wyjde..po tych przeżyciach chciałam drugie dziecko urodzić w naprawdę normalnych warunkach, lekarz prowadzący moja ciążę zaproponował żebym urodziła z nim w medicaverze.Było super, czulam sie jak na wakacjach, pani położna i… Dowiedz się więcej »

Aga
Aga
Odpowiedź do  Kaja Wolnicka
8 lata temu

Ja rodzilam naturalnie w Wołominie 2 razy i naprawdę mam zupełnie inne wspomnienia.A nie dalam ani zł poloznym.3Córkę też mam zamiar tam powitać w nastepnym roku.Mialam pomoc przy karmieniu,nawet nocą.Także jak widać zależy od zmiany na jaką się trafi. Za to w Medicover