05 Wrz

Urodzinowy list do M.

życzenia urodzinowe


Kochana Milu, Córeńko,

to był piątek. Koniec tygodnia, schyłek lata, a przede wszystkich kres ciążowego oczekiwania. Pamiętam pochmurny i dżdżysty poranek, jak na ironię, bo przecież całe lato męczyły nas niespotykane upały. Obudziłam się już w szpitalu, bo cięcie miałam zaplanowane na ranek i lekarz prosił, żebyśmy tę ostatnią noc spędziły na oddziale. Obok, na okropnie niewygodnej kanapie, kimał Twój Tata. Wcześniej, kiedy wyobrażałam sobie ten dzień, byłam pewna, że będę się denerwować, że nie będę mogła wcześniej spać i że poniosą mnie emocje.

Zamiast tego czułam względny spokój i po prostu wielką radość, że za chwilę się spotkamy. To takie niezwykłe, kosmiczne jak ja to nazywam. Leżysz sobie, masz przed sobą tę cudną, ukochaną piłeczkę, która tysiąc razy dała Ci się we znaki przez ostatnie miesiące. Czujesz kopniaki i przeciągania, a obok w niedomkniętej walizce leży pieczołowicie wybrane pierwsze ubranko. I kocyk i rożek. I rozczulający Pampers w rozmiarze 1. Wiesz, że za chwilę TO wszystko się wydarzy. Że już nie będziesz bardziej gotowa, że za chwilę poniesie Cię huragan emocji, wrażeń, miłości i bólu. To taki niezwykły, ale bardzo życiowy koktajl. Każdy z nas czasem z niego pije…

W domu czekał Leo. To Twój Brat. Czekał na Ciebie przez długie miesiące ciąży, całował i głaskał brzuch i podchodził do tematu „rodzeństwo” z rzadko spotykanym entuzjazmem. Ten prawie dorosły, 3,5-letni człowiek sprawiał, że nie bałam się niczego. Moje myśli były też bardzo blisko niego, bo to nasze pierwsze takie rozstanie i przeżywaliśmy je oboje. W zasadzie – wszyscy troje, bo widziałam jak Tacie zaszkliły się oczy. Rzecz jasna się nie przyzna, musisz uwierzyć mi na słowo.

Do dziś nie mogę się zdecydować czy ciąża minęła mi jak błyskiem, czy też wlokła się niemiłosiernie. Nawet nie jestem w stanie ocenić, czy była bezproblemowa, czy też może trudna – bo jednak ogromne mdłości, anemia, a później skurcze, które zatrzymały mnie na dobre w okolicach kanapy i klimatyzatora, który wtedy specjalnie dla mnie kupił Twój Tata. Rozpoczęcie było sielankowe, byłaś moim wymarzonym, wyczekanym i upragnionym prezentem prawie gwiazdkowym. Dlaczego prawie? Już Ci opowiadam.

27 grudnia, dzień po Bożym Narodzeniu, mieliśmy zaplanowany wyjazd w góry. Razem z Młodym i jego rodziną mieliśmy jechać na sylwestrowe narty w Zieleńcu. Tego dnia czekało mnie więc wielkie pakowanie, sprzęt narciarski był już przygotowany. Nawet Leon dostał swoje nartki oraz cały ekwipunek i był plan, że rozpocznie swoją przygodę na stoku. Po świątecznych zasłuchaniach i zamyśleniach, położyliśmy się późno. Na poddaszu spała Mima i Marcin, wtedy nocowali u nas w każdy weekend, taki mieliśmy rytuał.

Obudziłam się bardzo wcześnie, po 4:00. Nie miałam absolutnie żadnych ciążowych objawów, poza intuicją i przeogromnym pragnieniem. Ponieważ czekałam na Ciebie 6 długich miesięcy, miałam w domu całą baterię testów ciążowych. Przed wyjazdem chciałam zrobić jeden z nich, bo wiadomo – w końcu narty to narty. Kto o tym wie bardziej niż ja, skoro trochę lat temu zajechałam na nich prosto do austriackiego szpitala? Pamiętam swój nieprzytomny wzrok i czekanie. Czas nad testem zawsze się dłuży, niezależnie jaki jest upragniony wynik. Dłużyło mi się kiedyś czekanie, gdy przerażona wpatrywałam się w jedną kreskę z obawą w oczach, że może pojawić się kolejna. I tak samo wieczność trwało oczekiwanie, kiedy ściskałam do bólu kciuki, zaklinając los, żeby dał mi dziecko.

Kiedy po tej wieczności zamajaczył mi cień drugiej kreski, oszalałam z radości. Płakałam, śmiałam się, skakałam. Zrobiłam następny test, żeby się upewnić, bo studziłam skutecznie swój entuzjazm. I znów – cień cienia, ale był. No był i już. Radość, taka nie do opisania. Kolejny test. Nie mogłam przestać się upewniać, że naprawdę jesteś. Byłam taka szczęśliwa, Córeczko, nie mam odpowiednich słów, aby Ci o tym opowiedzieć. Myślę, że zrozumiesz tę radość dopiero kiedy sama będziesz miała zostać mamą. Szaleństwo, blond loku – Ty mamą? Tak będzie, pewnie szybciej niż nam się wydaje i może niż byśmy chcieli. Czas ucieka, biegnie i gna przed siebie. A im lepsze czasy i ludzie szczęśliwsi, tym szybciej, taki z niego łobuz.

Pamiętam ten dzień grudniowy minuta po minucie, jak najlepszy, najcudowniejszy film. Niecierpliwe oczekiwanie na pobudkę Tomka. I te dwie czy trzy godziny, które spędziłam sama na dole w towarzystwie obsikanych testów. Byłam jedyną osobą na tej planecie, która ZNAŁA TAJEMNICĘ. Tylko ja wiedziałam o Twoim istnieniu. Chciałam wykrzyczeć to całemu światu, podzielić się dosłownie ze wszystkimi, z przechodniami na ulicy, z ludźmi w metrze, z panią z warzywniaka. Równocześnie pragnęłam zachować ten sekret tylko dla siebie i najbliższych, nie powiedzieć nikomu i chronić Cię w swoim brzuchu przed całym wszystkim.

Jednak kto mnie zna, wie, że specem w ukrywaniu wiadomości raczej nie jestem 😉 Wyczekałam chyba do 8:00, dłużej mi się nie udało. I pobiegłam do Tomka i wtulonego w niego Leona. Jak dziś pamiętam jego uśmiechniętą twarz – w końcu za moment perspektywa wyjazdu, nasze pierwsze wspólne narty. Tyle lat nam się jakoś nie składało, bo zawsze coś, a teraz wszystko gotowe, wszystko załatwione. I wtedy ja przychodzę do tej sypialni i mówię mu:

„Mam dla Ciebie dwie wiadomości dobrą i złą, którą chcesz najpierw?”
„Powiedz złą”.
„Nie będę jeździła na nartach”.
„O. A dobra?”
„Będziemy mieli drugie dziecko!!!”

I choć tata nie był aż tak, jak ja przekonany do koncepcji powiększania rodziny, ucieszył się tak, że stopniało mi serce. W jego oczach pojawiły się łzy i od tej chwili był Twoim najwspanialszym Tatusiem, jakiego tylko mogłaś sobie wymarzyć, Szczęściaro. Była duma i radość i kolejne obsikane testy. Wciąż nie mogłam uwierzyć!

Dziś ważny dzień, kończysz 2 lata. Piszę te słowa i trudno mi uwierzyć, że minęło już tyle czasu. Radość miesza się z melancholią, jak to w życiu rodziców. Jestem uważnym obserwatorem Twojego dorastania, zmian, które powoli zachodzą. Jestem szczęśliwa widząc jak się rozwijasz, zmieniasz, jak z noworodka stawałaś się słodkim bobasem, a później maleńką dziewczynką. Twoja samodzielność, upór, niesłychane parcie do przodu w rozwoju, w zdobywaniu nowych umiejętności i dorównywaniu Leonowi we wszystkim, co ten robi. Wszystko to zachwyca mnie i napełnia szczęściem. Z drugiej zaś strony – już tęsknię za każdym przejawem Twojej maleńkości, który musiałam pożegnać.

Moim sposobem na te tęsknoty i na biegnący czas, jest celebrowanie codzienności. Nie, nie jestem taka mądra, uczyłam się na Leonie. Wiem już, że wszystko, co trudne mija. A to, co dobre – mija nawet szybciej. Dlatego tulę Cię dziesiątki razy dziennie. Przed zaśnięciem całuję Twoją maleńką główkę, wącham włosy, gładzę rączki. I nigdzie mi się nie spieszy. Bo wiem, jestem pewna, że cały świat i wszystkie te ważne sprawy  – poczekają. A Ty z dorastaniem czekać nie będziesz.

Jesteś naszym spełnionym marzeniem i owocem wielkiej miłości. To chyba najlepsze, co mogliśmy Ci dać na start, na drogę Twojego życia. Jesteś naszym cudem, jednym zachwytem, Dziewczynko-Calinko. Nasz Drobiazgu, Miluto, Lucyno-Pampacyno. Koguto nasza przekochana. Luto cudna, Lucy.

Życzę Ci trzech rzeczy, które wcale a wcale rzeczami nie są. I choć trącą banałem, wierz na słowo, przydadzą się. Życzę Ci wolności, miłości i zdrowia. Całą resztę jakoś sobie załatwisz, przebojowa Panienko. My z Tatą będziemy trzymać za Ciebie kciuki, łapać, kiedy się zachwiejesz i podziwiać z dołu, gdy będziesz latać i odkrywać świat.

A tak bardziej serio, to chciałam Ci życzyć tysięcy powodów do śmiechu każdego dnia. Niezliczonej ilości kotów na każdej z Twoich dróg. Gigantycznych baniek mydlanych. Wypraw w nieznane. Czasu na malowanie kredą, który nigdy się nie kończy. Huśtawki na każdym rogu. I zjeżdżalni, albo najlepiej dwóch. Waty na patyku, lodów owocowych. Długich dni na plaży i rodzinnych wieczorów filmowych. Szurania nogami w jesiennych liściach, lepienia bałwanów, plecenia wianków i kąpieli w morzu.

Życzę Ci z całego serca pięknego życia. Po prostu.

Pamiętaj, że jesteś przez nas bardzo kochana. Bardziej niż mogą wyrazić jakiekolwiek, najpiękniejsze nawet słowa. Będziemy zawsze z Tobą, na dobre i na złe.

Sto lat, Milaku,

Mama

.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o