12 Wrz

Dzieciństwo bez prądu

Swoją opowieść o dzieciństwie bez prądu chciałabym rozpocząć nieco przewrotnie – od wyjaśnienia tego, czym ono NIE JEST.

Absolutnie nie jest wyrzeczeniem się cywilizacji. Nie musimy palić telewizorów, odcinać Internetu, wyrzucać kupionych za worki pieniędzy edukacyjnych zabawek. Nie będę podejmować prób wmówienia Wam, że tablet, smartfon i w ogóle prąd elektryczny to zło wcielone i trzeba się go pozbyć z życia. Nie będę mydlić oczu, że moje dzieci nigdy nie widziały laptopa, bajki albo że nie zdarzyło mi się wymienić swojego telefonu na kwadrans spokojnego gotowania obiadu. Bądź co bądź gadżety elektroniczne nazywane są zdobyczami cywilizacji i nie zamierzamy tego podważać. Ponadto, abstrahując od naszych przekonań, rolą rodzica jest jednak przygotowanie młodego człowieka do samodzielnego życia w otaczającym go świecie. A czy nam się to podoba, czy nie – świat staje się coraz szybszy, bardziej mobilny i skomputeryzowany.

Skoro zatem już wiemy, czym dzieciństwo bez prądu nie jest, a przy okazji udało się mam nadzieję Was przekonać, że do żadnego radykalizmu nie będę Was namawiać, możemy razem zastanowić się jak rozumiemy to pojęcie.

Jeśli jesteście rodzicami kilkuletniego dziecka, to z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy przyjąć, że sami urodziliście się w latach ’70 lub ’80. W związku z tym zapewne wspomnienia z Waszego dzieciństwa są podobne do moich. Osiedlowe bandy, fikołki na trzepaku, samotne powroty ze szkoły z kluczem na szyi. Pewnie pamiętacie budowanie bazy z koców i poduszek, wiecie jak się gra w podchody, a jak w klasy czy dwa ognie. Przypominacie sobie porysowane kolorową kredą chodniki? Może mieliście przygodę z harcerstwem? Osiedlowe podwórka tętniły życiem, stanowiły centrum lokalnej rozrywki, dzieciaki spędzały na nich więcej czasu niż w szkole czy w domu. Oprócz pięknych wspomnień, do których lubimy sobie wrócić, dostaliśmy coś jeszcze – samodzielność, zaradność, kreatywność i przepięknie rozbudzoną wyobraźnię. A dodatkowo przez wielogodzinne przebywanie na powietrzu, wzmacniał się nasz układ odpornościowy, stawaliśmy się sprawniejsi fizycznie, w naturalnych warunkach mieliśmy okazję ćwiczyć współpracę i rywalizację w grupie.

Ponieważ nie mieliśmy specjalnie zabawek, liczyła się zabawa. Dziś półki w pokojach dzieciaków uginają się od zabawek, a one narzekają na nudę i są w stanie zabić ją tylko poprzez oglądanie bajek lub granie w gry komputerowe. Czy nie macie poczucia, że coś poszło nie tak?

Mimo że wielu z nas wychowywało się w blokach z wielkiej płyty, bliżej nam było do natury niż dziś dzieciakom z podmiejskich domów z przepięknymi ogrodami. Jasne, wiele się zmieniło przez ostatnie 30 lat. Tempo życia, postęp technologiczny, wszechogarniający wyścig szczurów, który sprawia, że mamy takie absurdy jak lekcji chińskiego dla dwulatków (serio, serio!). Z jednej strony ciężko za tym wszystkim nadążyć, z drugiej – tak bardzo chcielibyśmy dla naszego dziecka dobrze, że popychamy je, by biegło w tym wyścigu szybciej. A gdyby tak…

Dzieciństwo bez prąduGdyby tak zwolnić?

Zwrócić się ponownie w stronę przyrody, przywrócić należną rangę wolnej, nieskrępowanej zabawie oraz znaleźć przestrzeń na nudę i odkrywanie otaczającego świata w swoim tempie. To właśnie są filary dzieciństwa bez prądu, czyli tak naprawdę powrotu do podstaw, które dobrze znamy.

Nurt wziął swoją nazwę od hasztaga #childhoodunplugged, który pojawił się na Instagramie za sprawą Moniki Calderin. To amerykańska matka trzech synów, która zapisała się na kurs fotografii. Jednym z zadań domowych było kompletne odcięcie się od elektroniki na 24 godziny. Jak sama mówi – było to doświadczenie, które zmieniło ją i całą jej rodzinę. Postanowiła przywrócić swoim synom dzieciństwo, odrywając ich od elektronicznych gadżetów, które zdominowały ich życie. Swoim pomysłem podzieliła się z grupą znajomych fotografów i wspólnie zaczęli dokumentować analogowe urywki z życia swoich dzieci. Założyli bloga, konto na Instagramie, a później ich pomysł poniósł się wielką falą przez Internet. Okazało się, że ziarno zasiane ich zdjęciami trafiło na wyjątkowo żyzny grunt, bo w różnych krajach, nawet tych najbardziej odległych, rodzice dochodzili do podobnych wniosków.

Wszyscy chcieli, aby dzieci PRZEŻYWAŁY dzieciństwo, a nie PRZEGRYWAŁY je na tablecie czy komputerze. Żeby poznały zapach wiatru w lesie, aby skakały po kałużach, zbierały grzyby, łowiły ryby. Aby miały szansę i możliwość ubłocić się gotując „pulpety”, bawić w chowanego, w berka, puszczać wielkie bańki mydlane, oglądać wieczorem gwiazdy. Może spać pod namiotem? Dbać wspólnie o rośliny? Upiec nad ogniskiem kiełbaskę? Aby rodzinie znów było do siebie bliżej, aby był czas, kiedy pomiędzy jej członkami nie ma elektroniki, nie ma maili, smsów, gier. Jest bliskość. Bliskość i celebrowanie codzienności.

Uważne rodzicielstwo?

Dla mnie dzieciństwo bez prądu wiąże się bardzo mocno z uważnym rodzicielstwem, które na dobrą sprawę jest jego drugą stroną. Cel stanowi oczywiście budowanie kontaktu i więzi z dzieckiem poprzez spędzanie z nim czasu w sposób mądry, obecny i twórczy. Ale szczegółowo chciałabym opowiedzieć o tym następnym razem. Dziś tylko półżartem – nie chodzi o to, aby oderwać dzieci od tabletów i smartfonów po to, abyśmy my, rodzice, spokojnie mogli sobie z nich skorzystać. Ani w drugą stronę – koncepcja nie zakłada wcale, że opiekunowie mają przejąć rolę „czasoumilaczy”. Nie, to nie tak.

Być może z początku dzieci będą potrzebowały naszego wsparcia czy wręcz współuczestnictwa – tak, jak pokazaliśmy im jak korzystać z komputera czy konsoli, musimy stać się modelami tego nowego sposobu na życie. Jednak docelowo chodzi o wolną, beztroską, nieskrępowaną zabawę, którą ogranicza tylko dziecięca wyobraźnia. Możemy być jej uczestnikami, jeśli tak zdecydujemy. Możemy być widzami. Możemy się wycofać, bo jestem pewna, że kiedy rozbudzimy ich ciekawość świata i chęć eksperymentów, nie będą się chcieli zatrzymać na tej drodze.

Dziś na samym Instagramie jest prawie 3,5 MILIONA zdjęć oznaczonych hasztagiem #childhoodunplugged. Oczywiście ilość często nie świadczy wcale o jakości, ale wysuwam przypuszczenie, że tym razem jednak tak. Że to głos pokolenia, naszego pokolenia, które się budzi i które chce uratować dzieciństwo swoich dzieci, zanim będzie za późno…

Zadbajmy o to, aby kiedyś ich wspomnienia były piękne, pełne życia i zdarzeń, przyrody, bliskich ludzi. Chciałabym, aby ten felieton zainspirował Cię. Jeśli nie do zmiany podejścia w sprawach fundamentalnych, to chociaż do niedzielnego, rodzinnego spaceru. Podczas którego WSZYSCY wyłączycie telefony i będziecie TU i TERAZ. Jest jesień, piękny czas, by zacząć przygodę z dzieciństwem bez prądu. Zorganizujcie rodzinne szuranie stopami wśród kolorowych liści, weźcie ze sobą termos z gorącym kakao, kalosze (tak, mogą być potrzebne :P) i wyjdźcie z domu. Pozwólcie, aby chłód zaróżowił Wam policzki, a po powrocie do domu, usiądźcie wszyscy razem i napijcie się pysznej herbaty z sokiem z malin. Zagrajcie w Jengę. Albo poczytajcie książkę – jedną, wspólną. Zagrajcie w karcianą wojnę. Zbudujcie bazę przy pomocy kuchennego stołu i koca… Dajcie swojej fantazji rozwinąć skrzydła. A przede wszystkim – bawcie się!

Życzę moim dzieciom, żeby nauczyły się jak pachnie wiatr, a jak ziemia po deszczu. Żeby wiedziały jak wygląda rozgwieżdżone sierpniowe niebo, w jaki sposób puszcza się latawce, żeby potrafiły rozróżniać kwiaty i drzewa, znały smak malin prosto z krzaka. Niech kąpią się w górskim potoku, zbierają patyki, kamienie i muszelki, nauczą się budować wigwam, gotować błotne pulpety i godzinami kopać piłkę. Życzę im dni wypełnionych słońcem, deszczem, śniegiem. Rowerowych wycieczek. Stosów wysłuchanych i przeczytanych książek. Rodzinnego sadzenia roślin, zbierania grzybów, tysięcy przedreptanych kilometrów. Życzę im uwagi i miłości najbliższych, jak najdalej od niebieskiego światła ekranu.

Nie chcę, aby to były tylko życzenia. Ode mnie, od nas, zależy jakie będą mieli dzieciństwo. Chcę, aby było analogowe, doświadczalne, wędrowne, pełne miłości, ludzi i magii, a nie maszyn. Chciałabym rozbudzać ich fantazję i ciekawość świata. Aby zabawa nie była przerwą czy ulgą w nauce, ale tak jak pisze Fred Rogers – nauką samą w sobie. Zabawa jest pracą dzieciństwa.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o