23 Lis

Dziennik pisany na Zanzibarze #1

Dziennik pisany na Zanzibarze

Miało go nie być. Nie Zanzibaru, ale dziennika. Obiecywałam sobie odpoczynek od pisania, zdjęć, Internetu. Jednak wychodzi na to, że nie mogę. Po prostu za bardzo to lubię. I tych z Was, którzy wiem, że czekają chociaż na kilka zdjęć i parę słów. Poza tym – przecież podczas każdej, nawet najmniejszej podróży dzieje się tyle… że szkoda tego nie opowiedzieć, prawda?

Na przykład teraz, jesteśmy w samolocie. Wielki jak stodoła, mieści ponad 300 osób. Lecimy już kilka godzin, trochę jeszcze zostało. Chciał nie chciał (raczej nie chciał, ale co począć) – dobiegają mnie głosy. „Jedzenie paskudne podali”, „masakra z tym lotem”, „a biznesklasa to po tysiąc”. I wiele, wiele podobnych. Brakuje mi głosów szczerej radości, bo przecież jest z czego się cieszyć…

Jasne – 5 godzin snu, pobudka przed 6 rano, do tego naprawdę długaśny lot (w moim przypadku z ogarnianiem dwójki dzieci). Głowa mi pęka i kręgosłup i w ogóle zamiast odpoczynku, to ten wyjazd zaczyna się od wielkiego zmęczenia. Mogłabym narzekać, jasne, że tak. Jednak jakoś wewnętrznie czuję, że to nie byłoby w porządku. Bo mam jednak odrobinę rozsądku, ciutkę pokory, a poza tym wszystkim – lubię widzieć szklankę do połowę pełną. Wyglądam przez okno, łapię chwile. Wykorzystuję czas rozmyślając. Ciekawa jestem zapachu, jaki uderzy nas po wyjściu z samolotu. Czy przypomni mi miejsca i ludzi, których znam? Czy będzie zupełną nowością? Nie opuszcza mnie świadomość, że oglądanie zachodu słońca nad Somalią jest niezwykłym przywilejem. Po prostu.

Zmęczenie miesza się z ekscytacją – w końcu dotrzemy do prawdziwej Afryki. Tak daleko na południu jeszcze nie byliśmy. Szczęśliwię się układając z dzieciakami puzzle, lepiąc kulki z ciastoliny i czytając o Puciu. Ludzie wokół chyba zmęczeni marudzeniem, pozasypiali. Dobrze mi się pisze ten dziennik na kolanie, jednak czas kończyć, gasną światła. Za moment podchodzimy do lądowania w Stone Town.

***

To się nazywa powitanie: „Afryką prosto w twarz”. Staję w drzwiach samolotu, uderza mnie powietrze. Nie, nie mam na myśli, że dziwi mnie jego zapach, ani nic. Po prostu wali we mnie ścianą wilgotnego, gęstego aż upału. Mimo że jest późny wieczór, po minucie wszystkie ubrania zaczynają się do mnie kleić. Wychodzimy z samolotu po schodach, prosto do rozklekotanego autobusu, tłum i ścisk taki, że wszyscy na wdechu. Dojeżdżamy do budynku, czy raczej „budynku”, bo nie on nawet nie ma wszystkich ścian, nie mówiąc o innych udogodnieniach. Ta sala, pierwsze miejsce, w jakim znajdujemy się w Tanzanii to dla wielu próba. Ci zaprawieni w bojach, uśmiechają się porozumiewawczo. Podobne klimaty znaleźć można w Indiach, Egipcie czy Jordanii. Takie, czyli jakie? Kompletny chaos, brak organizacji i nieogarnianie do potęgi. Dziki tłum (akurat wylądowały dwa samoloty, więc lekko licząc 500 osób) wypełnia gęsto ciasne pomieszczenie. Nikt nic nie wie, większość nie zna angielskiego, celnik coś próbuje tłumaczyć… niestety w suahili.

Gdyby to był mój pierwszy kontakt z tym innym światem, byłabym załamana. Na twarzach innych widzę ogromną konsternację lub przerażenie. Wybierali się na luksusowe wakacje na jednej z najpiękniejszych wysp świata, tymczasem wylądowali w obskurnym, brudnym i – nie bójmy się tego słowa – śmierdzącym lotnisku. Stoję w miarę spokojnie, staram się zachować spokój, choć wysoka temperatura, ogromna wilgotność, siedem pakunków, a przede wszystkim – dwoje uczepionych mnie dzieci, nie ułatwia sprawy. W takich chwilach obserwuję. Patrzę na swoiste zderzenie kultur i cywilizacji – prosto z biznes klasy znaleźli się tu ludzie niczym wyjęte ze skorupki mięczaki. Ze swoich miękkich, wygodnych foteli, znaleźli się praktycznie na końcu kolejki. Stoją bezradny, z zagubionych wzrokiem i wyglądają jakby się skurczyli o pół metra. Uśmiecham się, w sumie życzliwie. Żal mi ich, wyglądają tak delikatnie w tym Gucci i Pradzie, na lotnisku, gdzie wydaje Ci się, że przyklejasz się nawet do podłogi…

***

Jeśli byłby kiedyś konkurs na zilustrowanie słowa ‚DEZORGANIZACJA’, to obsługa lotniska w stolicy Zanzibaru ma pewne pierwsze miejsce. Wygląda to trochę tak, jakby kilku kolesi umówiło się, że będą bawić się w port lotniczy. I może nawet byłoby to zabawne, jednak… oni mieli nasze walizki. Zatem nie pozostało nam nic innego, jak poddać się procedurze. Prawie 2 godziny później, z wielkim uśmiechem na twarzy i swoimi walizkami w garści, opuściliśmy budynek. Pierwsze, co mnie zaniepokoiło, to… ogromne kałuże. Tutaj dobrze sprawdza się wyparcie, u mnie podziałało rewelacyjnie. W minibusie opadamy z sił. Marzenie o położeniu się w łóżku, a wcześniej – o wzięciu chłodnego prysznica, jest we mnie bardzo żywe. Póki co – godzina drogi czymś, co ulicą jest tylko z definicji. Jednak spoko – kierowcy mają tu fajny system, przed zakrętem lub wzniesieniem, po prostu migają kilkukrotnie światłami. Dla jadącego naprzeciwko jest to sygnał: „uwaga, stary – ja jaaaadęęę!”. Lub coś w ten deseń. Dobrze, że jestem zbyt zmęczona, żeby się stresować ich stylem jazdy.

***

Dojeżdżamy na miejsce. Fajnie, fajnie. To znaczy prawie fajnie – nie ma nas na liście. Nie ma listy, nie ma pokoju, ale… „pole, pole”. Jeszcze wielokrotnie przekonamy się, że to ulubione powiedzenie lokalesów. Znaczy tyle, co „spokojnie, luzik”. Tia. Zanim ogarnęli, o co chodzi – komary pogryzły nas tak, że miałam ochotę wrzeszczeć. Napisałam komary? Przecież komarów miało nie być. Ahhhhha. To są. Bardzo, bardzo dużo komarów. Jest ciemno, liche światełka nie zmieniają tego, że ledwo można iść przed siebie. Czuję się trochę jak w pokoju zagadek – w hotelu nie ma ludzi, cicho, dokoła czerń. Dochodzi północ.

Ale to nic, to naprawdę nic, bo już mamy klucz. Jakiś uprzejmy Masaj chce nas zaprowadzić do pokoju, super, idziemy za nim. Chodzimy bez ładu i składu, potykając się o własne nogi w ciasnych alejkach. Po kwadransie świta nam, że Masaj niespecjalnie wie, dokąd ma nas zaprowadzić. Po kolejnych minutach, długich jak tygodnie, trafiamy do pokoju. Bez bagażu, spoceni, zmęczeni bardziej niż bardzo. Nie ma naszych walizek – kumple Masaja coś zamieszali i teraz jest takie trochę „nikt nic nie wie”. Otwieramy drzwi do raju… i uderza we mnie taki smród, że mam ochotę wrzeszczeć. Otóż w pokojach rozpylają coś, żeby nie było komarów. Pachnie to umiarkowanie, a działa równie skutecznie. Pokój jest brzydki, wchodzę do łazienki, bo marzę jedynie o lodowatym prysznicu. Łazienka jest okropna. Mam łzy w oczach, wychodzę stamtąd i przytulam się do Tomka.

„Ja chcę do domu” – mówię do niego, w trochę bardziej dosadnych słowach.

„Jutro będzie lepiej, Pięknoto. Zobaczysz” – wiem, że mówi tak tylko po to, żeby mnie pocieszyć. Mimo to zrezygnowana kładę się do łóżka, opuszczamy dokładnie moskitierę. Leżę i… czuję, że się duszę. Zero ruchu powietrza, prześcieradło się do mnie klei. Ja serio chcę wracać na chatę – to moja ostatnia myśl. Bo Tomek podnosi moskitierę i oboje zasypiamy.

***

Pierwsze, co rejestruje mój przemęczony mózg to niezwykłe, radosne świergotanie. Za oknem jest jasne, wnioskuję, że minęła noc. Zanim uświadamiam sobie nasze kiepskie położenie, podchodzę do okna, rozchylam zasłonki. Matko, jak pięknie.

Natychmiast podchodzę do drzwi i otwieram je na całą szerokość. „Papugi, paaaaapuuuugi” – drę się jak oszalała do Tomka i dzieciaków. Bo przed naszym pokojem jest ich ze 30. Małych, żółtych, przepięknych. Jest słońce, zieleń, pięknie pachnie.

Afryka pokazała swoją drugą twarz…

Jeśli spodobał Ci się Zanzibar, chcesz zadać jakieś pytanie lub coś konkretnego zobaczyć – chodź na Instagram 🙂 Tam w stories sporo naszego „tu i teraz” 🙂

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Kaja WolnickaAnna Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna
Gość
Anna

Jak dzieci zniosły taką długą podróż? Nie chodzi mi tylko lot, ale także późniejsze oczekiwanie i transfery do momentu aż znaleźliście się w pokoju?