24 Lis

Dziennik pisany na Zanzibarze #2 – Zamiana pokoju

dziennik z Zanzibaru

Cieszę się. To takie niezwykły rodzaj radości, kiedy okazuje się, że coś, co sprawia mi przyjemność, cieszy też innych. A Wy przyjęliście Dziennik z takim entuzjazmem, że chodziłam dziś z uśmiechem od ucha do ucha. Czuję, że winna Wam jestem trochę pozytywnych opowieści. Po wczorajszym narzekaniu i czołowym zderzeniu z Afryką, dziś będzie lekko i pozytywnie. Bo takie właśnie były dwa ostatnie dni. Zanim jednak opowiem o tym, co nas tu urzekło, krótki raport w kwestii warunków mieszkaniowych. I trochę zdjęć, pewnie niezbyt dużo, bo już późno.

***

Już w pierwszym odcinku Dziennika pisałam Wam, że pokój, do którego trafiliśmy był, ujmując rzecz eufemistycznie, niezbyt ciekawy. Łazienki w sposób kulturalny opisać się nie da. To na jej widok poprosiłam Tomka o natychmiastową ewakuację. Jeszcze tego samego dnia zakiełkował mi w głowie pomysł. Zmienić pokój. W tym celu już pierwszego wieczoru wybrałam wyglądającego na najbardziej kumatego recepcjonistę i z najpiękniejszym uśmiechem na zmęczonej twarzy, zagaduję go o lepsze lokum. Najchętniej z widokiem na ocean. Jeśli takiego nie masz, to spoko, wystarczy, że nic nie będzie odpadało w łazience i nie będzie w nim ciemno jak w bunkrze.

Mój ‚friend’, tak się określił, a ja w sumie łatwo nawiązuję znajomości, więc czemu by się nie zaprzyjaźnić akurat z nim, zamyślił się. Podumał tak sobie chwilę jedną i drugą i kiedy już, już szykowałam się na jakąś odpowiedź, on zaczął po prostu mówić na inny temat i do kogo innego. Serio. Powtórzyłam pytanie, udał, że nie rozumie. Wytłumaczyłam raz jeszcze.

– Przyjdź jutro. Dziś nie jest dobry dzień na to – odpowiedział i jasne było, że rozmowę uznał za zakończoną. Ja wprost przeciwnie – nic nie załatwiłam, a na dodatek nie dostałam żadnych konkretów. Moja europejskość aż buzowała.

– Ale kiedy jutro? – próbowałam ugrać jakieś konkrety.

– Kiedykolwiek – odpowiedział i wrócił do obserwowania punktu w przestrzeni. Nic to, poszłam.

Dnia następnego, z samego rano śmiało lecę do recepcji.

– Jumbo, my friend! Jest kiedykolwiek następnego dnia. Możemy zamienić mi pokój? Ten, co mam jest brzydki i śmierdzi.

Jego mina wyrażała coś pomiędzy zdziwieniem, że się nie poddałam, a rozbawieniem. Okazało się, że ma na imię Said. I że wcale nie ma zamiaru wymienić mi pokoju. Na pewno nie dziś. I chyba nie jutro. Przyjdź może w poniedziałek. Albo w środę. Chce mi się wrzeszczeć, najchętniej po polsku. Uśmiecham się jednak i dochodzimy do porozumienia. Nie nazwę tego kompromisem, ale… „przyjdź później”. Pisałam, że szybko się uczę? Więc nawet nie pytałam KIEDY.

Minął kolejny dzień. Po śniadaniu widzę, że Said stoi w recepcji. Pędzę z uśmiechem i Milą na ręku – ha, na dziecko cię wezmę, myślę sobie. Sprawy faktycznie posunęły się – zajrzał do komputera. Zerknął, powiedział, że „chyba mam pokój albo nie” – słowo, że tak powiedział. Zamyślił się, a później zaczął rozmawiać w innym języku, chyba ze swoim szefem. Żaden z nich nie wyglądał na zadowolonego z tej rozmowy. Po jej zakończeniu maj friend był wściekły.

– Wróć później. Może za godzinę albo pół.

Ok, nawet nie pytam. Przecież czas dla nich jest względny, nieistotny i płynie zupełnie inaczej. Powoli to do mnie dociera. Bardzo powoli. Chyba nawet wolniej niż im mija ten czas…

Przychodzę za godzinę, już się nie napinam aż tak. Coraz bardziej rozumiem, że po drugiej stronie mam mentalny mur. Narzędzia, w jakie wyposażyło mnie życie są tu w zasadzie bezużyteczne. Ani determinacja, ani upór, ani stanowczość – wszystko to o kant wiecie czego można potłuc. Kluczem jest „pole, pole” – chyba ulubione tutaj powiedzenie znaczące: „spokojnie, spokojnie”.  Podchodzę do recepcji, na szczęście jest bardzo blisko od plaży i basenu, więc wycieczki do niej zajmują mi tylko minutę. Nie wierzę, że cokolwiek uda się załatwić, chociaż gdzieś tam tli się nadzieja, nie powiem.

– Mam dla Ciebie ładny pokój – słyszę już z oddali od jego koleżanki – chodź, pójdę Ci pokazać.

Okazał się naprawdę bardzo ładny, pod każdym względem. Z większym łóżkiem, czystą łazienką, pachnący świeżością i jeszcze z widokiem na ocean. Bajka. W podskokach wracam do recepcji, dopytać, jaka będzie dopłata. To w zasadzie formalność, bo nie będę oszczędzać, w końcu chodzi o nasze wakacje! Nieważne, co mi powie, i tak chcę zamienić te pokoje, koniec i kropka. Możecie sobie tylko wyobrazić moją minę, gdy Said odpowiada:

– Nic nie płacisz, jesteś ‚maj friend’. I w wielkim uśmiechu pokazuje rząd bielusieńkich zębów.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Magda Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magda
Gość
Magda

Zdjęcia cudowne, tam po prostu jest bosko. Udawanie „nie rozumiem o co Ci chodzi” to widać taki międzynarodowy zwyczaj hotelowy 😉 kiedy coś potrzebujesz.