23 Mar

Jak wesprzeć matkę w histerii?

Jak poradzić sobie z histerią u dziecka?

Dawno, dawno temu, w odległej epoce zwanej „przeddzieciową” jak wiele niczego nieświadomych kobiet żyłam w błogim przekonaniu, że moje dzieci nie będą urządzać publicznych histerii. Przecież będę z nimi rozmawiać, tłumaczyć i zaopiekuję wszystkie ich potrzeby – dlaczego więc miałyby rzucać się na ziemię z wrzaskiem, tłuc pięściami i przybierać barwę buraka?!

Być może uśmiechasz się z politowaniem, bo przeszłaś podobną drogę. Jak wykazują wymyślone przeze mnie badania, aż 11 z 10 dzieci wpadają w złość, w głębokim poważaniu mając czy znajdujemy się w zaciszu własnego mieszkania, czy w środku centrum handlowego. Często nie wiemy jak reagować, kiedy spokojne tłumaczenia nie przynoszą efektu, nasze dziecko krzyczy coraz głośniej, a wokół przybywa osób patrzących na scenę z politowaniem. W głowie szumią myśli, cierpliwość się kończy, a do końca histerii jeszcze daleko. Najczęściej takie sytuacje zdarzają się, kiedy jesteśmy również u kresu fizycznej wytrzymałości, niesiemy sto siat z zakupami, coś wypada, pot się leje…

Kiedy już przejdziemy na drugą stronę barykady i zrozumiemy, że takie sytuacje po prostu się zdarzają, na rodzica „w histerii” patrzymy już trochę inaczej. Zwykle mniej oceniająco, a bardziej ze współczuciem. I może nawet chcielibyśmy pomóc w danej chwili, ale nie wiemy jak. Żeby nikogo nie urazić i nie pogorszyć sytuacji, nie wprawić w dodatkowe zakłopotanie. My, rodzice, powinniśmy sobie pomagać i wspierać się kiedy to możliwe. A szczególnie w chwilach najtrudniejszych.

Czy zatem można zareagować w takiej sytuacji tak, aby pomóc (a przynajmniej nie zaszkodzić)? Można. Wczoraj właśnie tego doświadczyłam.

Histeria u dziecka, czyli chleb nasz powszedni…

Po długich perturbacjach dotarłyśmy z Milą na stok, za chwilę miała rozpocząć się lekcja nauki jazdy na nartach. Wcześniej spędziłyśmy sporo czasu w wypożyczalni sprzętu, do tego dojazd, niewygodne buty – jednym słowem: kumulacja nieszczęść. Jeśli nałożymy do tego zmęczenie i popołudniowe godziny, nikogo nie zdziwię pisząc, co wydarzyło się dalej… Tak, wybuchła histeria. Taka pełnowymiarowa – z rzucaniem się na śnieg, krzykiem, który słychać aż w sąsiedniej wsi i wyginaniem się w łuk. Klasyka. Nieraz już to przerabiałam, mam w sobie więcej opanowania niż mogłabym siebie kiedyś, kiedyś podejrzewać.

Tłumaczę, próbuję tulić, czekam. Jestem oazą spokoju. Czas mija, instruktor z oddali patrzy na mnie z politowaniem, skupiamy na sobie coraz większą uwagę ludzi wokół. Znam te spojrzenia, niby jestem na nie uodporniona, ale i tak jakoś rumienię się. Czuję, że emocje we mnie buzują. Jestem i wściekła, i zła, i zasmucona, bo włożyłam wiele wysiłku, żeby znaleźć się na tym stoku. Niosę swoje narty, małe narty Mili, kijki, na głowie mam kask, niemalże w zębach – kask i rękawiczki dla Mili. I wtedy nagle wydarzyło się to, o czym chciałam opowiedzieć.

W zupełnej ciszy i spokoju podeszła do mnie kobieta. W jej oczach widziałam, że mnie rozumie. Że nie ocenia. Delikatnie zabrała ode mnie cały sprzęt i… po prostu poszła zanieść go tam, gdzie ja miałam dojść. Zostawiła mnie z moim dzieckiem, dając przestrzeń do tego, aby zaopiekować nasze potrzeby. To było może 200 metrów, jednak dla mnie to, co zrobiła Nieznajoma na długo zostanie w pamięci. Nie tylko pomogła rozwiązać sytuację, ale również dała lekcję jak wspierać inne matki (i ojców też, a co!) w takich sytuacjach. To mogą być zakupy zaniesione pod drzwi, to może być podniesienie rzuconego rowerka na przejściu dla pieszych albo pomoc w sklepie. To wszystko są sposoby na to, aby wesprzeć matkę w histerii.

Napisałam o tym nie dlatego, że chciałam podzielić się swoją frustracją. Wierzę, że lekcja Nieznajomej powinna iść dalej w świat. Ty też?

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
takasobiematka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
takasobiematka
Gość
takasobiematka

To właśnie mnie dzisiaj spotkało! Dziękuję dwóm panom, którzy łapali hulajnogę, gdy ja powstrzymywałam młodego przed rzuceniem się na sprzedawcę bzdurek wszelakich na starym mieście. Rozładowali w ten sposób tykającą we mnie bombę, bo w końcu trzeba było podziękować i się uśmiechnąć;)