24 Kwi

Jak przebiec maraton, czyli co Cię nie zabije…

jak przebiec maraton?

Jeśli spodziewasz się po tym wpisie instrukcji jak nauczyć się biegać maratony w tydzień, to muszę Cię rozczarować. To w ogóle nie będzie o tym, sama bym się chętnie dowiedziała. Chyba.

Wybraliśmy się wczoraj do Centrum, całkiem zapominając, że 99% miasta sparaliżowane jest z powodu Orlen Maratonu. Nie będę się tu wyżywać na organizatorach, bo w sumie nie do końca mam w temacie swoje zdanie. Oczywiście jako pasażera wkurzają mnie objazdy i korki i to, że dojazd na Pl. Trzech Krzyży zajął nam godzinę zamiast 20-stu minut. Z drugiej zaś strony – w sumie gdzieś imprezy tego typu muszą się odbywać, i trudno, żeby była to Kozia Wólka. Więc spoko. Niby. Wrzucam to w koszty mieszkania w stolicy.

Wczoraj mieliśmy w swoim nieszczęściu stania w jednym niekończącym się miejskim korku wiele szczęścia. Tak się akurat złożyło, że utknęliśmy sobie radośnie (no, powiedzmy) akurat przy samiuteńkiej końcówce trasy – od 37. do 39. kilometra. Staliśmy grzecznie na prawym pasie, czasu na podziwianie biegaczy – wojowników było duuużo. Byli na wyciągnięcie ręki, dosłownie, bo gdybym otworzyła okno, mogłabym przybijać im piątki.

Pierwsze, co poczułam to podziw i wzruszenie. Bo kurczę, jakim trzeba  być kozakiem, żeby wstać w niedzielę rano i przebiec dystans, jaki ja pokonuję zazwyczaj w tydzień?! Samochodem, no oczywiście, że samochodem 😛 Zdziwiło mnie, że osób biegnących było bardzo, ale to naprawdę baaaardzo dużo. W zasadzie płynęła rzeka ludzi. Niektórzy biegli, inni truchtali, szli, byli tacy, co siadali na krawężniku czy trawie, z cierpieniem na twarzach. Jednak wstawali po chwili i walczyli dalej. Czasem ktoś komuś podał rękę, albo nawet prowadził pod pachę, kiedy ewidentnie delikwenta opuściły siły.

Przepełnił mnie szacunek dla ich wytrwałości, pracy i osiągnięcia. No bo jednak, kurczę, korek korkiem, ale heloł – oni właśnie przebiegli 40 km!!! Jakaś historia totalna. W ogóle pot, łzy, a czasem krew. Walka: ze swoim umysłem, z ciałem i z czasem. Po jakiejś minucie zastanowienia wypaliłam z nadzieją do Tomka: „chciaaałabym, żebyśmy przebiegli maraton”. Zaniepokoiła mnie przedłużająca się cisza. Jednak kiedy już miało się zrobić niezręcznie, odpowiedział. Coś w stylu, że nie do końca rozumie moją wypowiedź i że bardziej na miejscu byłoby zdanie: „chciałabym, żebyśmy zaczęli biegać”, bo to długa droga, ćwiczenie czyni mistrza, bla bla bla. Nie cierpię kiedy jego myślenie rozbija moją euforię!

Wkurzył mnie trochę, bo po pierwsze: odsunął w czasie moją wizję medalu na szyi i niebotycznej satysfakcji. Po drugie – w ubiegłym miesiącu biegłam za autobusem. I raz do Żabki jak się lody skończyły w domu. O! I za Milą biegam, a ona ma te nóżki niepokojąco szybkie, powiem Wam. Burknęłam więc coś, że „dobra, jak tam chcesz, możemy i biegać”. Patrzyłam cały czas na mijających nas wojowników – zawodników i całe serce wyrywało mi się na trasę. To pragnienie było tak silne, że na śmierć zapomniałam, że… nie cierpię biegać. W czasach licealnych symulowałam niekończącą się niedyspozycję, byle tylko uniknąć biegania w jakiejkolwiek formie – krótkie dystanse, długie dystanse, sprinty – o, nie. To była i jest nie moja bajka.

Ja szybko płynę w takie abstrakcyjne tematy, więc już kreśliłam przed nami wizję rozpisania treningów, odpowiedniej diety, a w ogóle czułam, że mam problem z wyborem butów do biegania i zegarka mierzącego tętno. Oczami wyobraźni już widziałam jak w przyszłym roku właśnie kończę tę trasę i przybijam piątki leniuchom stojącym w korku obok mnie. W zdrowym ciele zdrowy duch, zmagania, walka, przekraczanie swoich ograniczeń. No, cały ten wzniosły klimat, idealny dla korpo ludzi oderwanych od biurek i takich szczurów lubiących wyścig i adrenalinę jak ja.

Z rozważań wyrwała mnie wygrana nad korkiem – wreszcie mogliśmy wjechać do Centrum (bo jeśli chodzi o znalezienie miejsca parkingowego, to spokojnie możemy dopisać tu kolejne pół godziny). Kiedy już wreszcie uskutecznialiśmy nasz rodzinny rekreacyjny spacer, mijali nas ludzie, którzy chwilę wcześniej ukończyli maraton. Podbiegłabym do nich, żeby ich uściskać i wycałować, gdyby nie to, że wyglądali jakby właśnie czekali na karetkę. Poobijani, obolali, poobcierani. Czasem kulejący, szli podtrzymywani przez rodziny, z wyraźnym cierpieniem wymalowanym na twarzach. Nie widać było ich szczęścia, ani satysfakcji, tylko ogromne cierpienie.

Chronili się pod złotymi foliami termoizolacyjnymi, każdy krok sprawiał im ból, niektórzy przycupnęli na jakimś krawężniku i nie mieli siły wstać i dojść do autobusu czy samochodu. Okropny to był widok. Kulejący ludzie, poturbowani jak po zderzeniu z rozpędzonym autobusem. Pełna byłam współczucia, po ludzku było mi cholernie przykro na nich patrzeć. Jasne jest, że odechciało mi się maratonu, w ogóle biegania. Przecież go nie lubię, tak? Wiem, że teraz taki „trynd”. Że stylowe ciuchy do biegania robią „look” i w ogóle jest to idealnym uzupełnieniem koktajli z trawy i sufletów z kory dębu, które w ekologicznych opakowaniach można zabrać sobie na pilates.

Szybko przypomniały mi się historie bliższych i dalszych znajomych, którzy zrobili sobie kuku, porywając się na wyczyn powyżej swoich możliwości. Nie ma dróg na skróty, Aby sport był zdrowiem, do wszystkiego trzeba dochodzić powoli, często z mozołem. Dobrze byłoby się też wybrać do lekarza czy zrobić profilaktyczne badania, zanim zaczniemy przeciążać organizm.

Co Cię nie zabije, to… Cię wzmocni.

Widać, że niepokojąco wiele osób uwierzyło w tę maksymę gimnazjalistów. Porzucili swoje kapcie i biurka, po czym wylegli na ulicę przekraczać siebie i dostarczyć sobie niezbędną porcję ruchu na najbliższy rok. W tydzień.

Nie zrozumcie mnie źle – popieram ruch, sport, przebywanie na świeżym powietrzu. Jednak oprócz tego – mocno wspieram też po prostu MYŚLENIE. Ono serio nie boli, choć wiem, że bywa uciążliwe. Nie dla każdego jest maraton, jeśli lubisz biegać i sprawia Ci to przyjemność – są też biegi na 5, 10 czy 20 km. Dopasowując dystans do swojego doświadczenia i umiejętności, ograniczasz ryzyko kontuzji.

Co Cię nie zabije, to… Cię nie zabiło.

Tyle. Sport nie musi być cierpieniem, przynajmniej jeśli nie reprezentujesz kraju na Igrzyskach Olimpijskich. Niektórzy wychodzą najwyraźniej z założenia, że skoro ruch to zdrowie, to… bardzo dużo ruchu to bardzo dużo zdrowia. No, niestety, życie nie jest tak piękne jak matematyka. Dbajmy o siebie, o balans i równowagę. Zaburzenie jej w obie strony jest równie niebezpieczne. Dlatego jeśli jesteś mną – nie porywaj się na maraton. Jeśli koleżanka czy kolega z pracy przytargali dziś ze sobą medal, nie fantazjuj o swojej życiówce. Nałóż po południu buty sportowe, jakiekolwiek znajdziesz w domu, i idź potruchtać do pobliskiego parku czy lasu. Dla przyjemności, bez medali.

Umiar, kluczem do wszystkiego jest umiar, co odkryłam wczoraj po wyjechaniu z wielkiego maratońskiego korka w samym Centrum Warszawy. Sobie i innym, zalecam zdrowy rozsądek. Może nie do końca w trendzie w obecnych czasach. Ale jednak… zawsze spoko.

.

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
JustaP Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
JustaP
Gość
JustaP

Dzieki za interesujacy post, terez bede tu wpadac czesto 🙂